niedziela, 18 marca 2007

Blogowanie na czas - czas na blogowanie

Lubie pisac ten blog. Jest to w zasadzie list do samego siebie z przyszlosci. Wlasnie przejrzalem tematy, ktore chcialbym poruszyc, ktore mam zanotowane na Palmie, a ktorych nie mam czasu opisac. Niektore sie juz nawet przeterminowaly. Ale mysle, ze bedzie lepiej. Kupilem sobie klawiaturke do Palma, zeby moc szybko pisac w kazdych warunkach. Przeciez czasem jestem gdzies na wyjezdzie, zdarzaja sie chwile wolnego czasu, wtedy zaluje, ze nie mam komputera, bo molbym przelac troche swoich mysli. A przeciez moj Palm to komputer o wiele mocniejszy niz moj pierwszy PC. Tyle ze pisanie po ekranie nie jest tak szybkie i wygodne jak pisanie na klawiaturze. Wiem ze sa ludzie, ktorzy to robia, ale ja nie mam tyle czasu i wytrwalosci ;-)
Zatem kupilem sobie klawiaturke. Teraz moje teksty beda moze troche ktotsze, nie beda mialy polskich liter, ale beda. A kiedy starego, wysluzonego Palma wymienie na cos innego, klawiaturka bedzie dalej dzialala.
A teraz leze w lozku, pisze i patrze, ktory z tematow powinienem jeszcze opisac, zanim sie przeterminuje.
Ale na razie moj wolny czas sie skonczyl, bo przyszla Nadia, a Grafit juz patrzy wymownie. Pobiegniemy sobie, poslucham podcastow, osluchujac sie z angielskim i rosyjskim.

Ludzie sie nudza

Czesto slysze, ze ktos sie nudzi, nie ma co robic. Zazdroszcze takim ludziom, bo sam nie mam czasu na to, aby zrealizowac wszystkie swoje plany i zamierzenia. Ciagle mam poczucie tego, ze doby jest za malo, a wieczorem jestem juz tak zmeczzony, ze musze isc spac, zamiast zrobic cos jeszcze. No i wciaz umyka i przesuwa sie w przyszlosc tyle fajnych rzeczy, ktore sa do zrobienia. Kiedys liczylem na to, ze na emeryturze bede mial wiecej czasu, i uda sie przesunac czesc planow na ten piekny czas, kiedy nie ma juz w domu dzieci, kiedy praca nie obciaza tak bardzo. Moje naiwne wizje rozwial w swoim blogu Graham, ktory jest na australijskiej emeryturze. Poczulem z nim dziwna bliskosc, bo tez robi wiele. i mimo emerytury narzeka na brak mozliwosci zrealizowania swoich wszystkich planow i marzen. Oczywiscie nie jest to polskie narzekanie, ale narzekanie australijskie - pozytywne i konstruktywne. Mozna je poczuc na jego blogu (pisanym rzecz jasna po australijsku).

A ludzie mowia, ze sie nudza. Teraz, w obecnej chwili nie sa sobie w stanie znalezc dodatkowego pasjonujacego zajecia, nie maja pasji, ktore mogliby zwykle odkladac na wolna chwile i w tej wolnej chwili je wyciagnac i zrealizowac.
Ja mam swoja liste rzeczy, ktore chcialbym zrobic w wolnej chwili i coz. Nawet nie ogladam do konca ciekawego i dobrego filmu, bo szkoda mi czasu, bo dzieki temu moge zrobic cos innego, np. skonfigurowac plany dzwonienia w bramce VoIP (chwilowo bez powodzenia, ale sie przynajmniej nauczylem jak to robic). A film? Znalazl sie na liscie rzeczy do zrobienia w wolnej chwili.

A ludzie sie nudza. Kiedys myslalem, ze Internet im pomoze w tym, zeby sie nie nudzili. Ze nadmiar informacji i pomyslow, ich dostepnosc i przystepnosc, pomoga w zwalczeniu nudy. Ale coz - wciaz slysze od kogos z otoczenia, ze sie nudzi. No i ludzie ze znudzenia czytaja cudze blogi, jak kiedys ze znudzenia przekazywali sobie plotki o zyciu innych. To z nudy ludzie interesuja sie polityka, zyciem prywatnym ludzi mediow. Dyskutuja bez sensu i checi wyciagniecia wnioskow na forach internetowych i pisza komentarze pod artykulami na portalach.
A ci, ktorzy sie nie nudza, nie maja czasu na takie plotkarskie interesowanie sie innymi. Bo ich wlasne zycie jest wystarczajaco zajmujace, zeby nuda w nim nie miala miejsca. I cenia swoj czas, w ktorym moga znalezc nowe rzeczy, ktorymi mogliby sie zajac, gdyby tylko mieli czas.


A dla znudzonych mam edukacyjna propozycje. Odpowiednik dawnej zabawy w czytanie hasel z ecyklopedii, czyli wikipedia. Kiedy wpisze sie pierwsze haslo to nastepne juz ida jak z platka. Ile mozna sie przy tym dowiedziec. A przy okazji krag wikipedystow moze sie powiekszyc o jakiegos znudzonego eksperta w dziedzinie niepopularnej do tej pory. Bo wikipedie moze tworzyc kazdy z nas. Tyle ze ja mam to daleko na swojej liscie rzeczy do realizacji w wolnym czasie.

poniedziałek, 5 marca 2007

Polska epidemia otylosci

Kiedys zobaczylem grupke dzieci - okolo 10-12-latkow. Poniewaz bylo lato, wiec wszystkie byly lekko ubrane. I wtedy stwierdzilem, ze Polska szybko nadrabia dystans, ktory dzielil nas od USA - dystans wagi. O ile my w podobnym wieku bylismy wysportowanymi mlodymi ludzmi, to niewiele czasu musialo minac, zeby przecietny nastolatek wazyl niewiele mniej niz dorosly z naszych czasow.
Zaatakowala nas epidemia otylosci. Przyszla do nas ze Stanow i innych "rozwinietych" krajow dobrobytu. Zaimportowalismy ja sobie razem z wieloma jakze milymi, atrakcyjnymi i ulatwiajacymi zycie rzeczami.
Troche przeraza to, ze tamte kraje juz powoli sobie uswiadamiaja to, co sie dzieje, powoli dochodza do tego, ze czlowiek nie moze napychac sie jedzeniem i slodyczami, ale musi sie ruszac, musi biegac, skakac, uciekac i gonic. Taka juz nasza pierwotna natura. Musimy biec, chocby w miejscu, po biezni, musimy walczyc, chocby nasz przeciwnik byl naszym najlepszym przyjacielem, a walka byla sparringiem. A epidemia otylosci w Polsce wciaz wyprzedza nowa zachodnia mode na ruch. Mode, ktora jest nasza prawdziwa natura. A przeciez wbrew temu, co widac w Wiadomosciach, Polacy sa inteligentnym narodem i mogliby czerpac z doswiadczen innych dobre wzorce, a z kiepskich doswadczen tylko wyciagac wnioski.

sobota, 24 lutego 2007

Świat się zmienił?

Kiedyś wszyscy rozmawiali o roli, poplonach, o tym czy trójpolówka jest lepsza od nawożenia, czy gorsza. Wszyscy mieli wspólne tematy, które były im bliskie, dotykające ich codziennego życia. Dzisiaj tematy codziennego życia nieco się oddaliły. Mamy za to wiele innych, ciekawych tematów. Swobodny przepływ informacji kiedyś dotyczył jednej wioski. Już do drugiej wsi ludzie zapuszczali się z rzadka, na wesela, procesje czy inne uroczystości. Dzisiaj bardziej interesuje nas to, co dzieje się po drugiej stronie świata, niż w oknie naprzeciwko.

Do tych przemyśleń np. skłoniła mnie dyskusja na temat opon w formule I. Cały świat fascynował się tematem sposobu doboru opon do toru, warunków pogodowych i stylu jazdy. Nagle każdy dziennikarz stał się ekspertem od opon F1, każde wiadomości zaczynały się od tego, jakże interesującego wszystkich tematu. To tak jak niegdyś, kiedy Jagna postanowiła wyjść za bogatego Borynę, cała wieś miała o czym rozmawiać przez długie zimowe wieczory. A teraz dnie całe dyskutowaliśmy o oponach Kubicy.

Czy aby na pewno świat się zmienił? Zmieniło się co prawda nasze otoczenie, ale ludzie jakby nie ewoluowali. Czytałem ostatnio ciekawe zestawienie czasów dawnych i dzisiejszych pod kątem zarabiania pieniędzy. Dawniej, aby zdobyć pieniądze, zabierało się parobków i najeżdżało sąsiada. Grabiło go z dóbr i jedzenia i już byłem bogatszy niż on. Dzisiaj sąsiedzi rozpoczynają grę na giełdzie. Jeden musi zabrać drugiemu, żeby wyjść na swoje. Sposób niby bardziej humanitarny? Także zabieram komuś jego pieniądze, aby zwiększyć zasobność swojego portfela i zaopatrzyć spiżarnię.

Onegdaj ludzie znowu oszukiwali innych, sprzedając im np. drzazgi z drabiny, która śniła się Jakubowi, dzisiaj oglądamy na zdjęciach i reklamach piękne modelki, które marzą o tym, żeby Photoshop potrafił ingerować nie tylko w ich fotografie. Albo atakują nas telefonami, które namawiają na zakup zupełnie niepotrzebnych i bezwartościowych książek. I tysiące naiwnych, którzy nie do końca rozumieją o co chodzi osobie po drugiej stronie słuchawki, kupują. Kiedyś kuglarze chodzili po jarmarkach, przy okazji okradając gapiów, dzisiaj fałszywi inkasenci wchodzą do staruszek.
W zasadzie jedyne, co się zmieniło, to podatki. Kiedyś wasal brał dziesięcinę. Dziesięć procent dochodu. Czy to dużo? Co dziesiąty worek mąki, co dziesiąty złoty pieniążek. Ludzie narzekali, ale dawali, bo książe dla obrony swoich wieśniaków musiał opłacić rycerzy, a przy okazji utrzymać żonę, kilka dworek i służących.
Teraz zbliża się rozliczenie roczne. Patrzymy na swoje pity i okazuje się, że połowa lub nawet więcej pieniędzy, które w pocie czoła zarabiamy, zabiera nasze państwo. Już nie ma jednego wasala, ale rozbudowany aparat administracyjny. A to kosztuje. Może jesteśmy zdrowsi, dłużej żyjemy, mamy więcej czasu? Mieszkamy w ciepłych domach, w nocy ulice są oświetlone i mniej boimy się przemierzać trakty osiedlowe, bo zbójcy są częściej karani. Coś się jednak zmieniło.
Podatki.

piątek, 23 lutego 2007

Satysfakcja

Dawno nie miałem czasu siąść wieczorem do komputera i coś tutaj napisać. No i od razu statystyki odwiedzin na blogu pokazują drastyczny spadek. Całe 50% z 12 do 6 osób ;-)
Ale nie o tym miałem pisać. Dzisiaj jest o satysfakcji. Satysfakcji ze swoich osiągnięć.

Możemy już nosić żółte pasy do naszych doboków. Skok o całe trzy stopnie to był dla nas spory wysiłek. Chyba jeszcze nigdy nie czułem tak dużej satysfakcji z osiągniętego wyniku. Egzamin na żółty pas trwał ok. półtora godziny. Półtora godziny ciągłego i bardzo intensywnego wysiłku fizycznego. Z egzaminu wyszliśmy o własnych siłach, niesamowicie zmęczeni, ale szczęśliwi. Znowu uświadamia mi to, że człowiek wciąż jest tak samo pierwotny, jak tysiące lat temu. Największą satysfakcję daje pokonanie swoich nie psychicznych, ale fizycznych ograniczeń. Osiągnięcie i przekroczenie swojego kresu fizycznej wytrzymałości. Pokonanie ograniczeń umysłowych albo nie daje tej satysfakcji, albo może nie jesteśmy w stanie tak bardzo wyjść poza nasze ograniczenia?

Ludzie śmieją się ze mnie, kiedy mówię że najbardziej na świecie nie lubię myśleć. Ale to przecież prawda. Szachy, krzyżówki, zadania logiczne. To wszystko wymaga wysiłku umysłowego. Nie lubię zastanawiać się zbyt długo nad rozwiązaniem. A zrobić 70 pompek, tyleż samo przysiadów z kopnięciem i może nawet więcej wyskoków... da się zrobić, kiedy chcę przeskoczyć pewien etap. A kilka osób odpadło wcześniej, bo ich fizyczne ograniczenia były trochę niżej.
A jeśli chodzi o myślenie, rozwiązywanie trudnych logicznych zadań, to chyba coś nas tutaj bardziej ogranicza niż słabe mięśnie. Tu bardziej trzymają nas ograniczenia naszego umysłu. Kiedy chcę kopnąć wyżej, skoczyć wyżej, to mogę to zrobić. Muszę tylko wyobrazić sobie, że potrafię to zrobić. Ciało posłucha umysłu i poderwie mięśnie do większego wysiłku. A umysł sam siebie nie potrafi zmobilizować. Kiedy nie mogę rozwiązać zadania, bo przekracza ono moje umysłowe możliwości, to nie mogę bardziej się napiąć, albo pomyśleć, że jednak dam radę to zrobić. Chociaż stałym sposobem na rozwiązywanie zbyt trudnych zadań jest dla mnie zapomnienie o nich. Na najlepsze pomysły wpadam pod prysznicem, zasypiając, albo męcząc się fizycznie. Więc może ciało może także poderwać umysł do większego wysiłku? Więc może nasza pierwotna natura działa w dwie strony? Może można wykorzystać tą jakże pierwotną cechę, która to fizycznym wysiłkom ucieczki przed dzikim zwierzem podpowiadała umysłowe lepsze rozwiązania niż próba bezmyślnego biegu przez las?

W każdym razie myślę, że taka sama satysfakcja jest ze zdobycia żółtego pasa w taekwon-do, taka sama z rozwiązania naprawdę trudnego problemu (może nie udało mi się jeszcze z takim zmierzyć) i taka sama ze znalezienia sprytnego rozwiązania ucieczki przed szablastozębnym tygrysem.

środa, 17 stycznia 2007

Intymność XXI wieku

Jak to teraz jest z tą intymnością i samotnością we współczesnym świecie?

Wspólczesne środki techniczne pozwalają wyśledzić nas wszędzie. Ale czy to źle? Może tylko ludzie z epoki stanu wojennego boją się takiego monitorowania, bo nie lubią być inwigilowani, bo mają bardzo złe doświadczenia z tamtego czasu?

Dla przeciętnego uczciwego człowieka nie stanowi zagrożenia to czy ktoś wie, że poszedł do sklepu, czy też nie. A przynajmniej taki przeciętniak może się czuć bezpiecznie. Nie musi w stresie zastanawiać się, na jakiej ulicy się znajduje, jakie to miasto, czy ktoś jest w pobliżu, kiedy potrzebuje pomocy, bo wystarczy tylko ustalić jego pozycję za pomocą komórki, GPS, czy 911.

Czy ja muszę się obawiać podawania swojej pozycji, zdradzania komuś swoich zachowań? W sumie to po co ktoś ma mnie śledzić? Nie zaszkodziłem nikomu, ani rządowi, ani biznesowi, ani przestępcom. Zatem nie będą się chyba właśnie mną interesować dopóki nie jest to konieczne, albo w jakiś sposób dla mnie korzystne. No może można powiedzieć, że śledzenie zachowań może pomóc marketingowcom w dopasowaniu przekazów reklamowych. Przecież jeśli zwykle chodzę po sklepach z elektroniką i najczęściej zatrzymuję się przy palmtopach, to można przysyłać mi reklamy palmtopów. Można wyświetlić mi banner z reklamą najnowszego smartphone'u Nokii, kiedy wchodzę do swojego ulubionego sklepu. Ale czy to jest szkodliwe? W internecie od dawna się tak dzieje i jest to akceptowane.

Czy mogę się bać śledzenia pozycji mojego samochodu? Jeśli jeżdżę bezpiecznie, nie przekraczam prędkości, to może mieć zamontowane nie wiadomo jakie systemy monitorowania, śledzenia, ustalania pozycji. To tylko lepiej dla mnie, bo zostawię auto na parkingu z lżejszym sercem, kiedy będę wiedział, że ewentualnie ktoś pomoże mi je odnaleźć. Nie będę nerwowo zastanawiał się gdzie jestem, kiedy przydarzy mi się wypadek, bo policja i pogotowie będą od razu znały moją pozycję, nawet jeśli będzie to w dzikiej głuszy w środku lasu.

No właśnie - przecież internet zupełnie pozbawia nas intymności, choć niektórzy zdają się nie zdawać sobie z tego sprawy. Inni to akceptują, bo tak było od samego początku.
Chociaż powstają co rusz projekty zacierania śladów, zamazywania scieżki do użytkownika. To faktycznie jest potrzebne w takich reżimach jak chiński, arabski, czy innych państwach, gdzie ta wolność jednostki jest mocno ograniczona, a ograniczenia nie ograniczają się do bezpiecznego dla siebie i innych życia, ale usiłują kontrolować zachowania jednostek. Bo tam każdy jest potencjalnie niebezpieczny, gdyż ma mózg i myśli. A u nas? Jakoś tak, może naiwnie, wierzę, że jednak nie jestem zagrożeniem dla Państwa przez to, że wyrażam swoje myśli. Ale próba ukrycia obecności użytkownika w reżimach, ma też drugą, bardzo niebezpieczną stronę w krajach wolnych. Przecież tu wszystkie systemy ukrywające są wykorzystywane najpierw przez przestępców, którzy chcą szkodzić większości. A ogół nawet często nie wie że mógłby takie środki wykorzystać, choćby do zamazania złego wrażenia po wypowiedzi na jakimś forum, udzielonej w "pomroczności jasnej" alkoholowej. Czyli tak jak wszystko - zarówno środki śledzenia bytności, jak i urządzenia do zacierania śladów można wykorzystać w celach pokojowych, albo wojennych.

piątek, 12 stycznia 2007

Wyścig zszywaczy biurowych

Ten jakże prosty temat może zabrzmieć kontrowersyjnie wśród dotychczasowych moich postów. A jest przecież prosty jak narzędzie, o którym piszę.

Dzisiaj miałem okazję skorzystać ze Zszywacza - wielkiego, ciężkiego, stalowego. Na pierwszy rzut oka widać, że ma on więcej lat niż niektórzy pracownicy naszej firmy. Ponoć jest w firmie kilka takich. Potrafią zszyć 100 kartek. Właśnie dlatego na niego trafiłem, bo wszystkie okoliczne zszywacze poddały się przy próbie zszycia dwudziestu pięciu kartek. Nowoczesna technologia - wytrzymałe tworzywa sztuczne, piękne, różnorodne kolory, wielofunkcyjne, z antypoślizgowymi podstawkami i schowkami na dodatkowe zszywki. Ale wszystkie one padają w porównaniu ze Zszywaczem. Wygląda archaicznie, ozdobiony jest technologią młotkowania, która umarła śmiercią naturalną w poprzedniej epoce. Kiedy pomyślę, że ktoś tym kulistym młotkiem nabijał ręcznie setki żłobień... W dzisiejszych czasach to nie do pomyślenia. W czasie poświęconym na ozdobienie jednego Zszywacza można obecnie wyprodukować pewno kilka tysięcy kolorowych zszywaczy. Tyle że one wszystkie nie przetrwają tak długo jak Zszywacz. Po kilku latach, a może nawet miesiącach zaczną szwankować, zostaną zastąpione nowymi, jeszcze ładniejszymi, jeszcze bardziej funkcjonalnymi, ale jeszcze mniej trwałymi. I znowu ktoś wyprodukuje kilka tysięcy nowych zszywaczy, sprzeda je tym, którzy nie mają Zszywacza, albo nie chce im się do niego chodzić.

Zszywacz jest tylko przykładem dzisiejszego stylu życia. Zżymamy się na tony śmieci, recycling, problem zanieczyszczenia środowiska. A przecież to jest jakże mocno powiązane z naszą potrzebą posiadania nowych, ładniejszych rzeczy z jednej strony, a z maksymalizacją zysku producentów z drugiej. Nie wiem kto jest winny temu wyścigowi konsumpcjonizmu. Nie można zwalać winy na producentów, bo gdyby każdy użytkownik zgodził się na jeden Zszywacz na całe biuro i wszyscy chcieli zadać sobie trochę trudu, żeby podejść do Zszywacza, to producenci nie mieliby możliwości wymusić na nas kupowania nowych produktów. A tak co dwa lata kupujemy nowe DVD, odtwarzacz MP3, o moim palmtopie sprzed trzech lat czytam, że jest "technologicznie przestarzały", a Apple "zrobiło rewolucję" w dziedzinie telefonów komórkowych, palmtopów i smartphone'ów, bo wypuściło iPhone. Przecież to nie tak - możemy żyć bez większości tych rzeczy, albo używać przez lata tych samych, trwałych i funkcjonalnych przedmiotów. Tylko po co? Bo fajnie jest mieć coś nowego, znowu cieszyć się jak dziecko odkrywaniem nowych-starych funkcji, które prowadzą do tego samego celu, ale działają inaczej. Może to właśnie generuje postęp cywilizacyjny, który w ostatnich latach właśnie dzięki temu pędowi ku posiadaniu nowości tak bardzo przyspieszył. Pewno daje to też wiele innych korzyści dla naszego życia, bo te gadżety są zwykle tylko wierzchołkiem góry lodowej. Gadżet otrzymujemy często jako produkt uboczny nowej technologii, która służy innym celom. Choć pewno teraz też się to zmieniło i laboratoria już przestawiły się z realizacji szczytnych celów poprawiania życia na cel uprzyjemniania życia (i dawania zarobku firmom). No i ci, którzy chcą nadal robić rzeczy trwałe, wymierają jak dinozaury kiedyś. Są za wolni...

środa, 10 stycznia 2007

Babcia Krysia wysyła linki

Żyjemy w nowym świecie, w nowej rzeczywistości. Informacja przepływa między ludźmi niesamowicie szybko. To już nie tam-tamy, to nie sygnały dymne, gołąb, czy rewolucyjny telegraf. Przekroczyliśmy barierę dźwięku w przekazywaniu informacji. Bariery prędkości światła nie przekroczymy na razie tylko dlatego, że najszybszym dostępnym przekaźnikiem jest właśnie fala elektromagnetyczna - czy to w postaci elektrycznych impulsów, strumienia z satelity, czy diody, rozświetlającej szklaną, światłowodową rurkę (jakże zatoczyliśmy koło od przykrywania ogniska skórą!). To wszystko pozwala nam wymieniać się najnowszymi wieściami ze świata w ułamku sekundy. I nawet nie zastanawiamy się, jak ja powyżej, nad tym że nad sukcesem tego całego przekazu pracują tak zaawansowane media (transmisyjne). Wysyłamy link i w momencie nasz współklikacz czyta tą samą wiadomość, artykuł, post...
A kilka dni temu przyszedł do naszego domu pocztą (taką zwyczajną, gdzie nośnikiem jest Pan Listonosz) list. Nie post, ale list. W grubej kwadratowej kopercie. Ciężki, gruby, oklejony znaczkami i zaadresowany odręcznym pismem.
Ania otwarła list i wysypały się z niego ścinki gazet. To babcia Krysia przysłała jakże nagle archaiczną formę linków do artykułów. Papierowe wycinki z gazet z ciekawymi artykułami, którymi chciała się podzielić. Było to dla nas zaskoczeniem w momencie, kiedy wiemy, że tradycyjny papier odejdzie w niedługim czasie do lamusa, zastąpiony e-inkiem. Fabryki pracują już na pełnych obrotach, żeby wyprodukować to, co oficjalnie wyszło z laboratoriów. Cieszę się na tą myśl, bo wreszcie oszczędzimy trochę lasy. Przeskok z papieru na monitory się nie udał ze względu na sporą niewygodę czytania, e-booki na palmtopach większości nie odpowiadają, ale wierzę, że e-ink jest tym właśnie rozwiązaniem, które pokochają nie tylko gadżeciarze.
A ja już czekam na elektroniczne kartki, które służyć będą nie tylko do czytania, ale na których będę mógł notować jak teraz na zwykłych, czy na moim Palmie, tylko w wygodnych rozmiarach A4. No i żebym potem mógł to zwinąć i wsadzić do kieszeni...

niedziela, 31 grudnia 2006

Email bankruptcy - mailowa upadłość

I znowu nasze internetowe czasy atakują nas nadmiarem informacji, której nie jesteśmy w stanie przetworzyć. Do tej pory oglądaliśmy liście na drzewach, kępki sierści na krzakach, zastanawialiśmy się, czy monotonny łomot zwiastuje nadchodzące stado mamutów, kombinowaliśmy czy uderzenie krzemieniem o kamień rzeczywiście znowu wywoła płomień. Docierał do nas prosty informacyjny przekaz. Przekaz ten dało się ogarnąć zmysłami.

Dzisiaj czytamy o ludziach, ogłaszających mailową upadłość. Kasują skrzynkę pełną nieprzeczytanych maili, proszą o ponowne przesłanie najważniejszych. A spowodowane to jest nadmiarem informacji. Nadal jesteśmy ludźmi pierwotnymi. Potrafimy klasyfikować otrzymywaną przez nasze zmysły informację jedynie do pewnego poziomu, do pewnej ilości. A potem nasze zmysły zostają ogłuszone przez nadmiar informacji. Przestajemy ją rozumieć, klasyfikować, wybierać te rzeczywiście dla nas ważne. Może po prostu wpadamy w panikę? Może jest to to samo uczucie, które ogarniało naszych przodków, kiedy z tyłu zbliżała się pantera, nad głową grzmiała burza, musieliśmy podejmować decyzję, czy uciekamy, czy się bronimy. Nadmiar informacji.

Człowiek może ogarnąć wiele, ale nie wiem czy wszystko. Może teraz dotykamy innego problemu. Musimy nauczyć się bardziej dokładnie klasyfikować. Odrzucać to, co nieważne. To co mniej ważne. To co nie jest najważniejsze. Może to kolejny etap ewolucji i adaptacji? Teraz znowu ci, którzy szybciej i sprawniej zarządzają informacją, ci którzy mają mniej nieprzeczytanych maili, ci właśnie są przewodnikami stada. To Ci zastąpią najsilniejszych i najszybszych, którzy do tej pory przewodzili innym. To oni do tej pory mieli porządek w swoich domach, myślach, planach. Oni do tej pory szybko atakowali i podejmowali decyzje o obronie. Teraz mają porządek na twardych dyskach, nie cierpią na brak wolnego miejsca, nie przechowują starych dokumentów, historycznych wersji plików, które obecnie do niczego się nie przydadzą. Szybko podejmują decyzje o odrzuceniu zbędnych informacji, o usunięciu starych i niepotrzebnych. To nowi e-przywódcy, którzy poprowadzą nowe informacyjne społeczeństwo poprzez informacyjną dżunglę.

Chyba że nie jesteśmy gotowi na tą ewolucję-rewolucję. Chyba że obecny stan jest tylko chwilowy, bo nastąpi przeciążenie. Ludzie nie wytrzymają natłoku informacji, pędu obecnego życia. Wrócimy do jakiegoś wcześniejszego etapu. Może do średniowiecza? Może do jaskiń? Może życie zgodne z naturą jest też zgodne z naszą naturą? Owoce z drzewa, własny sad, polowanie na dzikie zwierzęta. Tylko czy nie jest nas teraz za dużo na takie życie? Natura potrafi się sama regulować. Mam nadzieję, że miała w planach to, co mamy obecnie i jest przygotowana na regulowanie świata informacji.

niedziela, 17 grudnia 2006

Kup pan cegłę, bo smaczna

Oglądamy telewizję. Od rana zaczyna się reklamami, które atakują coraz bardziej. W zasadzie czasem zastanawiam się, czy czas reklamowy ostatnio nie przekracza granic rozsądku, bo dobry smak już dawno został przekroczony. Mam wrażenie, że czas trwania reklam przewyższa czas trwania każdego programu - czy to filmu, czy to programu dziecięcego. Choć my telewizję oglądamy od wielkiego dzwonu, to już nie raz zdarzyło nam się zapomnieć dokończyć oglądanie filmu, bo popularna telewizja ze słoneczkiem w logo puściła kilkunastuminutwy blok reklamowy tuż przed ostatnią akcją. Nie jesteśmy aż tak przywiązani do tych filmów, żeby na nie czekać, pozostaje jedynie niesmak i niechęć do włączania tego programu, bo wiadomo, że filmu nie obejrzymy.
Świadomi dorosli jeszcze sobie z tym reklamowym atakiem jakoś poradzą, ale gorzej jest z dziećmi i ludźmi podatnymi. Kiedy podczas dzisiejszego poranka po raz chyba piętnasty usłyszałem o hicie tego sezonu - laleczce, której się wtyka mikrofon, żeby nagrywać karaoke, stwierdziłem, że musi się wyjątkowo nie sprzedawać, jeśli dystrybutor zakupił taką ilość reklam. Ja to wiem, ale dzieci, dziadkowie, większość ludzi pomyśli, że to doskonały pomysł na świąteczny prezent dla dziecka, jeśli tak dużo o niej słychać. No i wyczyszczą magazyny z produktu, który w normalnych, niepromowanych warunkach nie miałby szansy się sprzedać. Bo przecież większość naszych superinterakrywnych samobawiących się zabawek leży w kącie, poupychana w pudłach zabija czas tym co potrafią robić - chodzeniem, mówieniem do siebie, czesaniem loków w prawo, czy inną wymuszoną zabawą. Dzieci są kreatywne, więc zabijanie w nich kreatywności za pomocą zabawki, która umie się bawić tylko w jedną zabawę, jest jakimś nadużyciem wychowawczym.
Najfajniejsze zabawki Pauliny, które zajęły ją na długi czas, to zabawki kreatywne. Zwykła lalka, czy pluszowy renifer potrafią latać czy nawet grać w warcaby. Papier, nożyczki i pisak, które w małych rączkach przerodziły się w przenośne biuro: notebook z myszką, dodatkową klawiaturą i wieszanym na ścianie ekranem oraz dodatkowym zestawem kilkunastu gier, komórkę, palmtop i kilka innych akcesoriów, których już nie pomnę. Kawałek sznurka, który potrafi robić wszystko. W zasadzie znowu wydaje mi się, że dzieci też się nie zmieniły przez ostatnie tysiące lat, zatem jako dorośli nie musimy im zapewniać rozrywek w naszym stylu. To mnie jest potrzebna nowa komórka z organizerem, która ma być ładna, pamiętać o ważnych datach i spotkaniach, pokazywać drogę w trasie, pozwolić obejrzeć film i posłuchać muzyki. Bo ja oprócz radości z posiadania nowego gadżedu użyję tego do pracy. To ma usprawniać i przyspieszać moją pracę, a nie rozbudowywać kreatywność. Pozwólmy dzieciom myśleć. Papier, nożyczki, kredki, klocki, kamienie... jest tyle pięknych zabawek, które nie zestarzały się przez ostatnie kilka tysięcy lat. Czemu miałyby się zestarzeć właśnie w tym krótkim okresie początku trzeciego tysiąclecia ery Chrystusowej?

Telewizja budzi we mnie jeszcze jedno odczucie. Poczucie straconego czasu. To przecież jest czas, kiedy my dorośli także możemy wyzwalać swoją kreatywność. Wyzwalamy ją robiąc coś dla siebie, myśląc, nie myśląc, ucząc się, czy tworząc coś ciekawego. A oglądanie kilkudziesięciu minut reklam, w większości powtarzających się w jednym bloku, to przecież nie sprzyja kreatywności. Zatem wiem, że telewizja nie jest dla mnie. Wolę kupić film, który będę chciał obejrzeć, wybrać moment na jego obejrzenie - np. w czasie prasowania, czy kiedy jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o czymś kreatywnym. To lepsza inwestycja we własny rozwój, niż klikanie po kilku, czy co gorsza kilkuset programach, żeby znaleźć cokolwiek ciekawego do obejrzenia. Lepiej zapłacić za ten czas niż marnować czas lepszy, który ma dla mnie o wiele większą wartość. Zatem czekam na internetowe wypożyczalnie, od wczoraj jestem fanem ITVP, gdzie mogę obejrzeć programy dla dzieci, przyrodnicze, edukacyjne, kulinarne, czy też wiele innych. Ale oglądam je wtedy, kiedy chcę. Przewijam, przyspieszam, rezygnuję, zmieniam, kiedy mnie nudzą. To ja decyduję o tym, jak spędzam swój czas, a nie jest mi to narzucane z zewnątrz. A kiedy nie chcę oglądać, bo mam o wiele lepsze zajęcia - choćby rozmowa z Anią, spotkanie z przyjaciółmi, pisanie bloga - włączam radio PolskaStacja.pl (niestety na razie nie udało mi się uruchomić jej pod linuksem), wybieram program dostosowany do nastroju i wiem, że nie będzie mi przeszkadzał powtarzającymi się wiadomościami z polityki, gadaniem o niczym i zalewem pesymizmu. A za pomocą KalendarzaXP mogę skorzystać z gotowego agregatu międzynarodowych stacji radiowych i dla rozweselenia puścić Salsę z sky.fm, albo dla poćwiczenia angielskiego posłuchać najnowszych wiadomości z Australii na ABC News. Zatem lepszą inwestycją będzie nowy, duży monitor, niż telewizor.

Kolejnym krokiem milowym w kierunku uwolnienia mojego czasu i przekazania zarządzania nim z powrotem w moje ręce są opisywane już przeze mnie podcasty. Słucham tego, co lubię, czego chcę słuchać i co mnie interesuję. A co najważniejsze, słucham wtedy, kiedy chcę! Idąc z psem, biegając, ćwicząc, myjąc naczynia, jadąc na rowerze (nie polecam, bo to bardzo niebezpieczne!). A dla prawdziwych twardzieli są nawet wodoodporne odtwarzacze do basenu. A podcasty można znaleźć wszędzie i we wszystkich językach. Tematyka jest szeroka, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli nie znajdzie, to zawsze można samemu taki podcast nagrać i wystawić. Niech inni korzystają!

środa, 13 grudnia 2006

Atak informacji

Zatem po prawie roku kontynuuję myśl, rozpoczętą w artykule Może informacji.
W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. W zasadzie informacji przybyło tak że coraz więcej ludzi nie jest w stanie nie tylko jej ogarnąć, ale nawet przefiltrować. Obawiam się, że w tym nadmiarze wkrótce poruszać się będą tylko nieliczni. Wyszukiwarki już nie radzą sobie z odnalezieniem poszukiwanej informacji. Dobre do tej pory algorytmy wyszukiwania i pozycjonowania informacji stają się bezużyteczne. Google pewno już od dawna pracuje nad nowym silnikiem wyszukiwania, bo obecny przestaje się sprawdzać. Zwykle przeglądamy kilka pierwszych linków, a coraz częściej te są zupełnie nie związane z tematem zainteresowań. Ale pojawiają się pierwsze, bo dobrze zostały przez kogoś zaindeksowane i są wyjątkowo popularne. A tą popularność napędza im właśnie wyszukiwarka. Zatem nasz pomysł sprzed kilku lat, żeby oferować płatne usługi wyszukiwania informacji w Internecie, może mieć teraz szanse powodzenia. Dopóki zawodowi szukacze nie zginą w gąszczu informacji-śmieci.

Informacje-śmieci produkowane są przez wszystkich. Bo teraz każdy ma dostęp do publikowania, każdy może pisać i co gorsza, każdy może to czytać. Z jednej strony dziennikarstwo obywatelskie, gdzie każdy może napisać artykuł, który będzie opublikowany i promowany, z drugiej strony będą się pojawiać sprawy o obrazę, zniesławienie, pomówienie, jak ostatnio dziewczyny z Libiąża. Napisała kilka słów komentarza na temat nowego burmistrza - może pijana była, może ją nerwy poniosły. A Internet jest pamiętliwy i ogólnie dostępny. Słowa można puszczać na wiatr, ale słowo zapisane w Internecie zostaje. I potem "czynny żal" nie pomoże.

A, co gorsza, ta informacja sama pcha się do naszych umysłów. Ludzie ludziom zgotowali ten los, chciałoby się powiedzieć. Powiadomienia o wiadomościach, kanały RSS, wyskakujące okienka informujące o przychodzących mailach, wszechobecne komórki, które tak trudno wyłączyć "bo może ktoś chcieć zadzwonić". Stres związany z nieodebranym połączeniem, kiedy numer się nie identyfikuje. Dawniej informacji trzeba było szukać. Dostawaliśmy tylko tą informację, o którą się postaraliśmy, którą chcieliśmy wyciągnąć. I przecież tak to powinno wyglądać. Nie człowiek jest uzależniony od informacji, ale ona od niego. To my chcemy posiąść tą informację, której szukamy. Pozostała jest nadmiarem. Czy umysł jest chłonny na tyle, żeby ten nadmiar przefiltrować? Przez tysiąclecia wykształciliśmy go w inny sposób, więc upatruję tu duże niebezpieczeństwo. Coraz więcej będzie zmęczonych, którzy zachłyśnięci mnogością informacji będą cierpieli z tego powodu, że nie będą jej mogli w całości przyswoić. A stąd tylko jeden krok do szaleństwa. Przecież od naszych jaskiniowych przodków nie różnimy się tak bardzo.

sobota, 2 grudnia 2006

Okradający i okradani

Ostatnio miałem sporo okazji do przemyśleń na temat ograniczeń wynikających z nas. Zatem dla oderwania zupełnie inny temat.

Po wypuszczeniu na rynek Microsoftowego Zune ponownie rozgorzała dyskusja na temat piractwa muzycznego, łamania praw twórców, okradania przez słuchaczy wytwórni muzycznych i inne frazesy, które mają na celu wyciągnąć z naszych kieszeni jeszcze więcej pieniędzy. Microsoft ponoć płaci wytwórniom tantiemy od każdego sprzedanego Zune. Na szczęście produkt jest ponoć niekonkurencyjny i do tego wszyscy boją się, że MS zrobi w następnych wersjach to, co z PlaysForSure - nagle okaże się, że obecny system zabezpieczeń nie jest już wspierany i użytkownicy pozostaną z bezużyteczną skrzynką, którą będą mogli odłożyć na półkę obok Atari i ZX Spectrum i kupić sobie nowy odtwarzacz.
Wytwórnie natychmiast zwietrzyły biznes i chcą opodatkować iPody. Ciekawe czy Apple się ugnie. Myślę, że to będzie już ostatnim ustankcjonowaniem legalności dzielenia się muzyką i jej darmowego pobierania z Internetu. Przecież płacimy wytwórniom licencje za muzykę kupując czyste płyty, nagrywarki CD i DVD, teraz jeszcze odtwarzacze MP3. Zatem kupujemy muzykę, którą ewentualnie będziemy potem ściągać i nagrywać. Ja sam kupiłem kilka nagrywarek, nagrałem już dużo płyt z backupami i naszymi zdjęciami. Myślę, że do kieszeni wytwórni spłynęło z mojego portfela bardzo dużo pieniędzy. Kupiłem muzykę, której jeszcze nie otrzymałem. Ot, taki pre-paid. Zatem kupowanie teraz płyt CD, które stoją na szafce, kurzą się, bo używam ich tylko raz - aby zrzucić na MP3 i mieć możliwość wgrywania do mojego ślicznego Sony - mija się z celem. Jeszcze raz zapłacę wytwórniom, choć do tej pory awansem już im tyle zapłaciłem. Ciekawe kiedy ktoś zwróci uwagę na ten ciekawy przypadek. Chyba w żadnym sklepie nie każą nam płacić dwa razy za produkt. Kiedy wykładam pieniądze, staję się przecież jego właścicielem. Zatem w erze odtwarzaczy MP3 i wliczaniu licencji w nośniki i nagrywarki pobieranie pieniędzy za płyty CD czy za ściągane z sieci utwory jest grabieżą podobną do tej, jaką stosowali zbójcy w średniowieczu, kiedy napadali na kupców, którzy wyjeżdżali z miasta z zakupami. Na pewno były to zorganizowane szajki, bo "odzyskany" towar trzeba było ponownie sprzedać, żeby mieć zysk. Teraz jest im łatwiej, bo wszyscy potulnie godzą się płacić za towar awansem.

Inną sprawą są organizacje typu RIAA, które wspierają wytwórnie w wyłapywaniu ludzi słuchających muzyki, każąc płacić za towar po raz trzeci - i to wielokrotność jego wartości. Ostatnio w Australii sąd zaczął zastanawiać się, czy koszty (bodaj $770) za utwór, podawane przez wytwórnie w sprawach o piractwo, nie są nieco zawyżone, jeśli te same wytwórnie sprzedają utwory w oficjalnych sklepach po 99 centów (w cenie jest już marża sklepu!). Sytuacja jest tu jeszcze bardziej paranoidalna niż w przypadku piractwa oprogramowania. Tam przynajmniej producenci naiwnie kalkulują sobie, że każdy, kto posiada nielegalną kopię programu, kupiłby go, gdyby musiał. Ja sądzę, że jest to z ich strony albo wielka naiwność, albo przebiegłość w przekonywaniu naiwnych sędziów i policjantów. Myślę, że gdyby nie było piractwa, gdyby nie dało się skopiować programu, udostępnić, czy sprzedać kodu aktywacyjnego, rynek oprogramowania rozwijałby się zupełnie inaczej. Ceny za programy byłyby o wiele niższe, bo działałaby konkurencja. Rynek wolnego oprogramowania święciłby triumfy, a potęgi typu MS czy Adobe byłyby niszowymi producentami programów dla firm, bo nikt by ich nie znał. Zresztą jestem przekonany, że te firmy same wypuszczają pirackie klucze, bo dzięki temu przyzwyczajają ludzi do korzystania z ich oprogramowania, wciągając tym samym produkty na oficjalny rynek.
Zauważyłem z drugiej strony, że Adobe zmienia chyba politykę sprzedaży swoich produktów. Zauważyli zdaje się to, że więcej można sprzedać po niskich cenach. A w przypadku oprogramowania, gdzie koszt wytworzenia licencji jest jednorazowy, działa to świetnie. Początkowa inwestycja jest jednorazowa, a potem już tylko zbieramy profity. Oczywiście można zadowolić się jednym klientem, który pokryje nam pełny koszt wytworzenia produktu. Ale po co? Taki klient łatwo odejdzie do konkurencji przy następnym zakupie. A jeśli będziemy mieli sto tysięcy małych klientów, to nawet dwudziestoprocentowa retencja pozwoli pokryć koszt produktu. Oprogramowanie to nie ser, gdzie na każdy kilogram musimy mieć dwa litry mleka i jeszcze panią czy maszynę do jego ubijania.
Zatem Adobe! Jeśli tylko nie wystarczy mi darmowy IfranView i Picasa, to zrobię u Was zakupy Photoshop Elements. Żeby tylko polska cena nie była wyższa niż amerykańska czy australijska. Przecież dla nas wydatek $150 jest relatywnie większy niż wydatek $120 dla Amerykanina.

A wracając do piratów, aby zakończyć zabawnym akcentem. Ponoć Sony opracowało technologię bezprzewodowego przesyłania sygnałów przez ciało człowieka. Za pomocą opaski można wysyłać muzykę z odtwarzacza do bezprzewodowych słuchawek. Sygnał przesyłany jest za pomocą mikroprądów rzędu właśnie mikroamperów. Można wykorzystać tą technologię do zwalczania piratów. Wystarczy nagrać i wpuścić do pirackich sieci utwór, który będzie porażał prądem i zabijał niepokornych, którzy nie chcą płacić drugi raz za to, co już kupili. Po kilku spektakularnie nagłośnionych śmierciach wszyscy popędzą do sklepów, żeby kupić bezużyteczne płyty CD i ozdobić nimi półki. A i tak okaże się, że kupili płytę z EMI Music, która nie udostępnia podstawowego prawa do jednorazowego skopiowania własnego nośnika - ani na drugą płytę, ani do MP3.

Ograniczenia nieograniczone

Nadia nie może jeść wielu rzeczy. W zasadzie bardzo wielu. Tak naprawdę w chwili obecnej łatwiej stwierdzić co może jeść, bo jest to tylko kilka produktów. Galaktozemia uświadamia nam, że w dzisiejszym świecie trudno się żyje, kiedy ograniczenia dotyczą tak ważnej sfery jak jedzenie. Musimy poszukiwać nowych smaków, nowych składów potraw. Trzeba uważać na konserwanty, wyeliminować owoce, wszystko, co ma jakikolwiek związek z mlekiem. Chleb pieczemy własny, wczoraj upiekłem bezpieczne ciasto drożdżowe. Ania próbuje piec słodkie placuszki ze szpinakiem, które wyglądają nieco dziwnie, ale za to smakują całej rodzinie. Zupełnie niechcący przełamujemy kowenanse, bo zależy nam na tym, żeby naszej całej rodzinie żyło się dobrze i spokojnie. Ciasto z cukinią nie podeszło nikomu, ale inne potrawy są udane. Tylko pytanie, czy nasz świat będzie się teraz kręcił wokół diety i jedzenia? A może po prostu się przestawimy na inny styl życia i będzie nam się znowu żyło dobrze, ale zwyczajnie inaczej niż do tej pory. Przecież te nowe smaki z reguły są przynajmniej tak samo dobre jak dotychczasowe, choć nieco inne. Z reguły jednak są one nawet lepsze. Mięso bez polepszaczy, ale z samą solą, smakuje świetnie. Sos bez kostek przyprawowych, ale z prawdziwym czosnkiem, smakuje wyśmienicie. Ciasto drożdżowe zrobione wyłącznie na wodzie i oliwie zostało zaakceptowane nawet przez Paulinę, która stwierdziła, że jest "nawet bardzo dobre".
Patrzę na Nadię, która wygląda na dziecko szczęśliwe i radosne. Lubi się bawić, wymyślać zabawy, przytula się i figluje rano w łóżku. Otwiera szufladę, żeby zjeść sobie swój ulubiony ryżowy chlebek, albo prosi o Isomil. Nie wygląda na osobę ograniczoną. Nie wygląda na kogoś, kogo ograniczenia dotykają. Ona ma po prostu inny zestaw ograniczeń niż większość obecnie żyjących ludzi. A my wchodzimy trochę w jej świat i akceptujemy te ograniczenia, jak każdy kto wchodzi w środowisko, musi zaakceptować ograniczenia w nim ustalone. A może to nie ograniczenia, ale po prostu zasady? Przecież Dziesięć Przykazań nie zostało wymyślone ot tak. Te dziesięć podstawowych zasad pozwalało przetrwać cywilizacji. To zasady ogólne, tak ogólne, że wspomagają każdą sferę życia. Zasady z życia społecznego: nie wolno zabijać bez powodu, okradanie innych odbija się niekorzystnie na wzajemnych stosunkach, a cudzą żonę warto uszanować, bo możemy poczuć się źle, kiedy ktoś inny zapragnie cudzołożyć z naszą. Zasady duchowe, które pozwalają mieć wiarę w siebie i świat w trudnych chwilach - wiara i zaufanie w jednego, niezmiennego Boga, odpoczynek, chwila zadumy i zastanowienia nad sobą, swoim życiem i postępowaniem w dzień święty... To ograniczenia, które są zasadami. Zasadami pozwalającymi przeżyć w grupie. Zasadami uniwersalnymi, bo każda religia, każde prawo zawiera je w jakiejś formie i postaci.

Zatem są pewne rzeczy niezmienne, których nie można modyfikować, żyjąc w współczesnym społeczeństwie. Są też rzeczy, których zmiana pozwala inaczej spojrzeć na świat, na swoje dotychczasowe życie. Zmiany będące katalizatorem ewolucji człowieka. Zarówno przez duże jak i małe "C". Zarówno w naszym mikroświecie domowego ogniska, czy indywidualnego umysłu, jak i w makroświecie społeczności, społeczeństwa czy świata. Takie zmiany pozwalają na zatrzymanie się nad przeszłością, jej weryfikację i poszukanie nowej drogi życia. Czasem tylko rozpoczęcie nowego etapu. Zatem zastanawiam się, czy to co robię obecnie, jest dobre, czy można zrobić coś lepiej, inaczej i gdzie indziej...
Dziękuję Nadiu :-)

sobota, 11 listopada 2006

Nieograniczenia

Zastanawiam się często nad istotą ograniczeń. Mamy wiele powodów do zastanowienia. Choroby, które są wśród nas, czy presja stanowiska, wszystko jest powodem ograniczeń. Także czas nas ogranicza. Nie możemy zrobić tego, zjeść tamtego, powiedzieć owego... A najgorsze jest to, że nie możemy czegoś zrobić. Ograniczenia są wśród nas, wokół nas i w nas. Nasuwa mi się pytanie, które ograniczenia są gorsze, które dotkliwe, a które nie są ograniczeniami innymi niż psychiki. Ograniczenia to zaprzeczenie wolności. Ale czy na pewno? Czy człowiek ograniczony nie jest wolny? Czy ograniczenia ograniczają naszą wolność? Czy nie możemy być wolni, mając ograniczenia? Dzisiaj znowu okazało się, że Nadia jest jeszcze bardziej ograniczona, bo jeszcze mniej może jeść. Nawet owoce są dla niej zagrożeniem. Tylko czy jej poczucie bycia szczęśliwą zostało w jakiś sposób ograniczone? Bawi się tak samo, robi żarty, dowcipkuje. O drugiej w nocy przychodzi z flaszeczką na wymianę. Dostaje pełną, i kiedy mówię "Idź spać", posłusznie maszeruje do łóżka. A jutro nowy, pełen atrakcji i zabawy dzień. Czy to jest ograniczenie?
Ograniczenia są chyba tylko w naszej psychice. A szczególnie w psychice innych. Bo inni chcieliby widzieć nasz świat po swojemu. On nie pije alkoholu, więc jest ograniczony. Ona nie używa kosmetyków, więc jest ograniczona. Nadia nie toleruje laktozy (wykluczamy mleko, owoce, koserwanty i dodatki), więc jest ograniczona. BZDURA! Ograniczenia są w tych, którzy patrzą w taki sposób na innych. Przecież życie nie kończy się na serze, tylko może właśnie na nim zaczyna, albo wręcz potyka o niego. Czasem zrobienie czegoś w inny sposób otwiera nowe horyzonty. Dla mnie każda zmiana, każda możliwość popatrzenia na życie z innej perspektywy była do tej pory bardzo rozwojowa. Zatem popatrzmy na świat oczami innych. Może mieć przecież inny kolor, ale nie inny kształt. Bo żyjemy na tym samym świecie.

Ograniczenia są niby zaprzeczeniem demokracji i wolności. Ale gdyby nie te ograniczenia, to ludzkość dawno uległaby samozagładzie. Bo człowiek często stara się wystąpić przeciw swoim ograniczeniom. Nie wierzy w nie i ryzykuje życie. Czasem jest to przyczyna ewolucji i postępu, ale częściej chyba przyczyna zagłady jednostki.

Dla ewolucji jednostki się nie liczą. Są tylko cegiełkami, które tworzą budowlę przyszłości. Warto zaeksperymentować, wymieniając jakąś cegiełkę na bardziej nowatorską. Jeśli się sprawdzi ta nowość, to super. A jeśli nie, to wyrzucimy, zastosujemy stare, sprawdzone, a potem wymyślimy coś jeszcze nowszego. Postęp nie mierzy strat, ale zyski. Ale ja patrzę ze swojego egoistycznego punktu widzenia. Żeby moja rodzina przeżyła, radośnie, szczęśliwie, to życie które nam dano. Żebyśmy byli szczęśliwi. Niekoniecznie wolni. Bo wolność nie jest równa szczęściu. Można być szczęśliwym, choć nie wolnym. W to wierzę. Bo w to, że można być nieszczęśliwym, bo niewolnym, nie trzeba wierzyć - na to mamy za wiele przykładów. Na to, że można być wolnym i nieszczęśliwym wciąż mamy przykłady w naszym polskim społeczeństwie. Bo Polacy celują w byciu nieszczęśliwymi. Zawsze znajdzie się tu powód do narzekań. Rzadko znajdzie się powód do refleksji, że inni mogą mieć gorzej, i raczej powinniśmy im pomóc i wspierać naszą radością i siłą.

Zatem znowu dochodzę do mojego ulubionego łacińskiego Carpe Noctem.

czwartek, 9 listopada 2006

Myślenie ma przyszłość???

Pytanie z tematu może się komuś wydać kontrowersyjne. A przecież cały dzisiejszy świat zmierza ku temu, żebyśmy nie musieli myśleć. Nie chcemy myśleć. Staramy się unikać tego wysiłku umysłowego. Kiedy dawniej mówiłem, że nie lubię szarad i rozrywek umysłowych, bo trzeba przy nich myśleć, a ja bardzo nie lubię myśleć, inni śmiali się ze mnie. Uważali przecież, że jestem człowiekiem myślącym. Że myślenie, rozwiązywanie problemów, podejmowanie decyzji jest dla mnie czymś naturalnymi i oczywistym. Ale przecież (co już kiedyś rozważałem w tym miejscu w artykule "Spokoj neandertalczyka"), w obecnych czasach człowiek podejmuje tak wiele decyzji, że czasem potrzebujemy od tego wytchnienia.
Dzisiaj zobaczyłem na biurku Darka książkę pod znamiennym i intrygującym tytułem. Na okładce swieciły na czerwono wielkie litery składające się w błaganie "Nie każ mi myśleć". Tak, była to książka dla projektantów aplikacji na temat projektowania interfejsu użytkownika. Sam wolę używać programów, które nie wymagają ode mnie wielkiego wysiłku umysłowego, choć zaczynałem od monitora mono z promptem C:/> albo białego ekranu z napisem SINCLAIR
Jakimż znamiennym potwierdzeniem jest dla mnie lektura dzisiejszego wpisu Joela: ""Every time you provide an option, you're asking the user to make a decision. That means they will have to think about something and decide about it." Users don't want to decide if the WiFi network should use WEP or WPA. They do want to decide whether to listen to the Big Mountain version of Baby, I Love Your Way or the Peter Frampton version.". Tak - nawet Joel, komputerowy geek, który pracował przy tworzeniu Excela, nie chce myśleć i decydować, jeśli nie jest to konieczne. Po co zaprzątać sobie głowę dodatkowymi decyzjami, kiedy w każdym dniu mamy do podjęcia ich aż tyle? Zatem nie zastanawiajmy się za bardzo nad rzeczami trudnymi i prostymi. Zastanawiajmy się tylko nad rzeczami ważnymi. Rzeczywiście ważnymi. Wydaje mi się że zawsze najbardziej cieszę się z decyzji podjętych spontanicznie. Długotrwałe rozważanie nad marką nowego auta, kolorem tapicerki, rodzajem silnika, tym czy kupić jednak składane lusterka, czy może nie, powoduje tylko że potem żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy, mimo tego, że długo się nad tym zastanawialiśmy. Kiedy odrzucam jedną z opcji na szybko, to potem sam znajduję dla siebie usprawiedliwienie - nie myślałem przecież zbyt długo, więc tak wyszło. No i dzięki temu jestem bardziej szczęśliwy, niż gdybym tą sportową kierownicę odrzucił po długim namyśle i rozważeniu setki "za" i "przeciw".
A zatem podsumowując jak zwykle: Carpe noctem!

środa, 8 listopada 2006

Czego się Jaś nie nauczy....

... to nadgoni w dorosłym życiu. Oczywiście, jeśli będzie miał świadomość tego, że człowiek uczy się całe życie a nie tylko w średniej szkole. Wiele osób zakłada, że podstawówka to zabawa, średnia szkoła to czas nauki i pracy, potem studia to czas imprezowania, a w pracy trzeba swoje odbębnić, wypłatę odebrać i usiąść przed telewizorem, oglądając kolejny film z wypożyczalni.

Zżymam się czasem, że nie mogę zapamiętać wszystkich szczegółów po jednokrotnym przeczytaniu tekstu. Że trochę wysiłku trzeba włożyć w zapamiętanie, przeanalizowanie faktów, wyciągnięcie wniosków. Przecież wydaje się, że niektórzy w lot łapią fakty, pamiętają każdy szczegół, wyciągają jedynie słuszne wnioski. Ale to chyba nie jest tak proste, jak się z zewnątrz wydaje. Ci, którzy są tak sprawni, ćwiczą umysł cały czas. Ciągle doskonalą swoje umiejętności uczenia, pojmowania, analizy rzeczywistości. Przecież kiedyś w szkole byli lepsi i gorsi. Ci, którym nauka przychodziła bez trudu, albo z niewielkim wysiłkiem. Oni wtedy, tak samo jak teraz doskonalili swój umysł. Właśnie po to, żeby być tymi lepszymi, żeby bez wysiłku ogarniać rzeczywistość.

A zatem... w podstawowej, czy średniej szkole miałem ciągłe problemy z zapamiętaniem regułek z polskiego, prawych dopływów Wisły, faktów historycznych czy części ciała. A teraz, poprzez ciągłe uczenie, rozwijanie tych umiejętności myślenia, potrafię zrobić więcej niż wtedy. Nie muszę przecież wymieniać po kolei dat panowania królów polskich, ale wiele ważniejszych i bardziej życiowych faktów. I dzieje się to całkiem naturalnie.

Czyli wniosek jest prosty - nawet najbardziej nieporadny Jaś, który rozpocznie pracę nad sobą w wieku młodym, starszym, czy całkiem starym, potrafi się jeszcze wiele nauczyć. I porównując potem siebie z dawnych lat z obecnym sobą, cieszyć się postępami. A w tym celu warto wzorować się na najlepszych. Tych, których możemy podziwiać za umysł bardziej otwarty elastyczny niż nasz. Bo mimo tego, że Sztaudynger już kiedyś powiedział, że "Świat równa do gówna", to my raczej celujmy w górę! Sky is the limit!


Carpe noctem