Ostatnie dni upływają nam pod znakiem rozglądania się po sklepach, szukania w internecie ofert i dyskusji. Nie chodzimy po sklepach dla zakupów, choć robimy to z dużą przyjemnością. Patrzę na bramki sklepowe, zabezpieczenia, kasy fiskalne, lady, oświetlenie i układ. Patrzę na obsługę, rozmieszczenie stoisk, na sprzedawców. Zbieramy oferty zabezpieczeń sklepów, wykonania oświetlenia, spotykamy się z naszymi dostawcami.
A wszystko to po to, żeby sprawdzić, czy uda nam się otworzyć nasz wymarzony sklep. Sklep, który nie będzie tylko jednym z wielu sklepów, ale będzie rozpoczęciem i przyczółkiem do naszej kolejnej fajnej działalności.
Liczymy pieniądze i możliwości, szukamy finansowania. Wierzę że pomysł chwyci, bo nie znaleźliśmy czegoś takiego na rynku polskim. A otwarcie sieci takich placówek w całej Polsce i nie tylko byłoby świetnym przedsięwzięciem.
W przyszłym tygodniu jedziemy na targi. Bierzemy diewczyny, będziemy spali w namiocie. To będą świetne wakacje nad jeziorem Bodeńskim. Marzyliśmy o wyjeździe pod namiot, ale nie przypuszczaliśmy, że uda się nam to tak szybko i w taki sposób. Na pewno napiszę, jak było, może nawet uda się zrobić jakąś relację na żywo, bo ma być tam internet bezprzewodowy.
Przy okazji cały czas myśli moje krążą wokół marketingu. W tym tygodniu przyszły wreszcie naszywki na nosidła z wypożyczalni, trzeba je tylko naszyć. Teraz czekam na wycięcie naklejek na auto i przy okazji myślę o projekcie oklejenia go w całości. Ale jakakolwiek reklama na aucie jest niezbędna od zaraz, bo od tylu miesięcy jeździ po Krakowie ta niewykorzystana przestrzeń reklamowa.
Dodatkowo bannery, roll-upy, które będziemy mogli postawić na pokazowych zajęciach, czy w sklepie, ulotki, stojaczki do ulotek, strony. Mnóstwo pracy, ale ile przyjemności.
No i infrastruktura sieciowa. Jeśli chcemy ruszyć z pracą w wielu oddziałach, (a taki mamy plan), to już planuję konfigurację systemu do obsługi magazynu, sklepów. VPN, MM, etc. To wszystko wymaga przemyślenia, żeby w ostatniej chwili nie okazało się, że z czymś zawaliliśmy.
Trzymajcie kciuki za lokal i za kredyt. Z resztą sobie poradzimy.
sobota, 5 lipca 2008
wtorek, 1 lipca 2008
Nowa formuła czyli nowe życie
Od dzisiaj jestem bezrobotny ;-)
Wczoraj zabrałem wszystko z firmy, oddałem komórkę, telefon, podpisałem obiegówkę, wyczyściłem swoją ewidencję środków trwałych z wszystkich serwerów, samochodów, poczęstowałem cukierkami tych, których lubię. Cukierków było dużo, prawie dwa kilo. A i tak nie zdążyłem odwiedzić wszystkich, bo np. wyszli na obiad, a ja potem musiałem biec na dwójkę.
Zakończył się mój dziesięcioletni etap pracy w firmie. Firmie, która kiedyś była małą firmą, w której pracowali przyjaciele, którzy dążyli do jednego celu, a teraz stała się korporacją, borykającą się z problemami korporacji i walczącą z jeszcze większymi zadaniami. Bardzo się cieszę że mogłem przeżyć ten kawał życia i przeżyć go w taki sposób. To wielkie i cenne doświadczenie i nauka. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, od których także uczyłem się każdego dnia. Poznałem wiele sytuacji, z którymi musieliśmy sobie radzić.
No ale teraz chwilowo jestem bezrobotny, bo muszę czekać z założeniem firmy, żeby starać się o dofinansowanie unijne. Więcej o tym napiszę w kolejnych postach, kiedy będę zmagał się z tematem.
A tymczasem, wraz z nowym życiem, postanowiłem zmienić nieco formułę mojego bloga. Pisać o tym, co będziemy robić. Może spostrzeżenia przydadzą się tym, którzy pójdą naszą drogą. Formuła będzie też inna o tyle, że postaram się pisać bardziej zwięźle. Choć w tym celu może będę musiał pisać z komórki ;-)
Wczoraj zabrałem wszystko z firmy, oddałem komórkę, telefon, podpisałem obiegówkę, wyczyściłem swoją ewidencję środków trwałych z wszystkich serwerów, samochodów, poczęstowałem cukierkami tych, których lubię. Cukierków było dużo, prawie dwa kilo. A i tak nie zdążyłem odwiedzić wszystkich, bo np. wyszli na obiad, a ja potem musiałem biec na dwójkę.
Zakończył się mój dziesięcioletni etap pracy w firmie. Firmie, która kiedyś była małą firmą, w której pracowali przyjaciele, którzy dążyli do jednego celu, a teraz stała się korporacją, borykającą się z problemami korporacji i walczącą z jeszcze większymi zadaniami. Bardzo się cieszę że mogłem przeżyć ten kawał życia i przeżyć go w taki sposób. To wielkie i cenne doświadczenie i nauka. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, od których także uczyłem się każdego dnia. Poznałem wiele sytuacji, z którymi musieliśmy sobie radzić.
No ale teraz chwilowo jestem bezrobotny, bo muszę czekać z założeniem firmy, żeby starać się o dofinansowanie unijne. Więcej o tym napiszę w kolejnych postach, kiedy będę zmagał się z tematem.
A tymczasem, wraz z nowym życiem, postanowiłem zmienić nieco formułę mojego bloga. Pisać o tym, co będziemy robić. Może spostrzeżenia przydadzą się tym, którzy pójdą naszą drogą. Formuła będzie też inna o tyle, że postaram się pisać bardziej zwięźle. Choć w tym celu może będę musiał pisać z komórki ;-)
sobota, 28 czerwca 2008
Las pełen internetu
Wczoraj po koncercie J.J.Band w Starej Winiarni w Mszanie Dolnej musieliśmy jeszcze odweieźć Magdę do ośrodka na Lubogoszczy. Było już ciemno, bo godzina 22. Leśna droga była oświetlana tylko przez świetliki. Dziewczyny próbowały ją doświetlić komórkami, a ja żałowałem, że nie zainstalowałem jeszcze w nowym telefonie "Best Torch". Ale od czego jest internet w telfonie i google. Po chwili moja Nokia rozświetlała leśne ciemności.
I przypomniałem sobie, kiedy kilka lat temu, kiedy świeżo zakochani, zasiedzieliśmy się z Anią na Turbaczu, wracaliśmy przez las w świetle lampy błyskowej mojego aparatu.
I przypomniałem sobie, kiedy kilka lat temu, kiedy świeżo zakochani, zasiedzieliśmy się z Anią na Turbaczu, wracaliśmy przez las w świetle lampy błyskowej mojego aparatu.
niedziela, 8 czerwca 2008
Droga do internetu
Bardzo śmieszna sprawa. Przedwczoraj próbowałem zainstalować u Taty neostradę TP. Zajęło mi to kilka godzin, dzięki google i informacji o tym, że przy błędzie 691 należy próbować jeszcze kilka razy. Od Miłej pani na infolinii otrzymałem oczywiście standardową odpowiedź, którą cytowali na forach, że u nich jest wszystko w porządku, tylko u nas hasło jest niepoprawne.
Dla ciekawych kilka szczegółów. Sporym problemem są różne konta w Windows dla użytkowników i administratora. Administrator może zainstalować modem i program do neostrady, natomiast użytkownicy nie mogą. Zatem administrator się łączy, użytkownicy mogą korzystać. Zatem trudno zainstalować i użytkować neostradę użytkownikowi bez uprawnień.
Chyba że za mało próbowałem, może powinienem jeszcze raz zainstalować wszystkie sterowniki programy na wszystkich kontach, ustawionych w systemie? Możecie to sprawdzić.
Wczoraj przyjechali do nas goście z Korei. Kim
miał genialnego Samsunga Q1, który nas zachwycił. Chyba właśnie o to mi chodziło, kiedy miałem na myśli przenośny komputer, o którym marzę. Lekki, malutki, z dotykowym ekranem i opcjonalną klawiaturą. Można go używać jako malutkiego komputerka z dotykowym ekranem, można też korzystać jak z komputera biurkowego. Chociaż to wymaga jednak sprawdzenia w życiu i w praktyce.
Po szybkim rozpoznaniu w internecie widzę, że pojawiło się kilka takich fajnych maszyn. Byle tylko mogły się jeszcze synchronizować przez Internet, żebym nie musiał ufać danym, przechowywanym na lokalnym dysku twardym, to będzie wreszcie rozwiązanie dla mnie. Rozwiązanie, które rzeczywiście uczyni mnie mobilnym, pozwoli pisać wszędzie i zawsze, bez brania ze sobą dużego notebooka.
Ale do rzeczy, czyli do tematu dzisiejszego bloga. Kim chciał sprawdzić pocztę, więc poprosił mnie o połączenie do Internetu. Nasz router ma szyfrowanie WPA2, ukryty SSID i hasło, więc nie jest tak łatwo się do niego zalogować. Zatem musiałem siąść do milutkiego Q1, żeby dostęp skonfigurować. Drobną przeszkodą okazał się język Windows. Tutaj był to koreański, którego do wrzoraj nie znałem w piśmie zupełnie, więc wszystkie ekrany wyglądały dla mnie jak grafika. Ale po kilku kliknięciach windowsowych wizardów wszedłem z sukcesem na stronę www.aak.pl, co było niewątpliwym sukcesem. Kim sprawdził pocztę, poszperał po koreańskich wiadomościach, wysłał parę maili, wyglądał na zadowolonego.
Wniosek z tej historii - łatwiej zainstalować Internet w koreańskiej wersji MS Windows, niż Neostradę TP.
Chociaż miałbym kilka uwag do MS - gdyby wizardy miały więcej obrazków, to łatwiej korzystałoby się z nich, nie znając języka lokalnego Windows.
Na koniec kilka obrazków z mojej pracy:

Uczynny Kim zrobił nam dzisiaj przy śniadaniu szybki kurs koreańskiego, dzięki czemu na koreańskie napisy nie patrzę już jak na obrazki, ale widzę w nich litery, sylaby i słowa.
Dla ciekawych kilka szczegółów. Sporym problemem są różne konta w Windows dla użytkowników i administratora. Administrator może zainstalować modem i program do neostrady, natomiast użytkownicy nie mogą. Zatem administrator się łączy, użytkownicy mogą korzystać. Zatem trudno zainstalować i użytkować neostradę użytkownikowi bez uprawnień.
Chyba że za mało próbowałem, może powinienem jeszcze raz zainstalować wszystkie sterowniki programy na wszystkich kontach, ustawionych w systemie? Możecie to sprawdzić.
Wczoraj przyjechali do nas goście z Korei. Kim
Po szybkim rozpoznaniu w internecie widzę, że pojawiło się kilka takich fajnych maszyn. Byle tylko mogły się jeszcze synchronizować przez Internet, żebym nie musiał ufać danym, przechowywanym na lokalnym dysku twardym, to będzie wreszcie rozwiązanie dla mnie. Rozwiązanie, które rzeczywiście uczyni mnie mobilnym, pozwoli pisać wszędzie i zawsze, bez brania ze sobą dużego notebooka.
Ale do rzeczy, czyli do tematu dzisiejszego bloga. Kim chciał sprawdzić pocztę, więc poprosił mnie o połączenie do Internetu. Nasz router ma szyfrowanie WPA2, ukryty SSID i hasło, więc nie jest tak łatwo się do niego zalogować. Zatem musiałem siąść do milutkiego Q1, żeby dostęp skonfigurować. Drobną przeszkodą okazał się język Windows. Tutaj był to koreański, którego do wrzoraj nie znałem w piśmie zupełnie, więc wszystkie ekrany wyglądały dla mnie jak grafika. Ale po kilku kliknięciach windowsowych wizardów wszedłem z sukcesem na stronę www.aak.pl, co było niewątpliwym sukcesem. Kim sprawdził pocztę, poszperał po koreańskich wiadomościach, wysłał parę maili, wyglądał na zadowolonego.
Wniosek z tej historii - łatwiej zainstalować Internet w koreańskiej wersji MS Windows, niż Neostradę TP.
Chociaż miałbym kilka uwag do MS - gdyby wizardy miały więcej obrazków, to łatwiej korzystałoby się z nich, nie znając języka lokalnego Windows.
Na koniec kilka obrazków z mojej pracy:
piątek, 23 listopada 2007
Prawa autora
Ostatnio bardzo burzliwe dyskusje toczą się wokół praw autorskich, DRM i wszelkich technik, które mają zabezpieczyć prawa autora do jego dzieła. W świetle kontrowersyjnych działań, o których słyszymy od czasu do czasu, w wątpliwość można poddać tezę, że to autorzy martwią się o przychód ze swoich dzieł. Co rusz pojawia się zespół, który swoje nowe płyty udostępnia. A słyszymy tylko o najbardziej znanych zespołach. Miliony małych, lokalnych grup udostępniają swoje utwory w postaci niezabezpieczonych nagrań mp3. Apple postanowił w swoim sklepie iTunes sprzedawać nagrania, które nie są zabezpieczone DRM. Z drugiej strony RIAA i inne lokalne organizacje publicznie linczują staruszki, które według nich ściągają z sieci pirackie nagrania. Te jakże sprzeczne działania zaczynają nasuwać podejrzenie, że jedynymi, którym zależy na ochronie zabezpieczeń w utworach, są wytwórnie muzyczne, które do tej pory ściągały od artystów lwią część ich przychodów. Teraz tracą grunt pod nogami, bo muzykę czy książki znacznie łatwiej się kopiuje. A do tego jakość kopii nie odbiega od oryginału. A płatność można przelać na dowolne konto, niekoniecznie musi ona przechodzić przez nich, jak w przypadku zakupu płyt czy kaset. Usiłują nas jeszcze przekonać, że nagrania w "niższej" jakości są gorsze, że usłyszymy różnicę. Ale niewiele z tego wychodzi, bo w dobie Internetu wymiana informacji zachodzi znacznie szybciej, więc ludzie szybko przekonują się, że jakość wcale nie jest gorsza. Ta walka o kontrolę nad przychodami twórców wciąż trwa, ale zaczyna coraz bardziej wyglądać na bezładną szamotaninę. Wytwórnie nie mają już argumentów, które mogłyby przekonać że są potrzebne. Coraz częściej zaczynamy mieć wrażenie, że te koncerny są jak mafia, która delikatnie sugeruje okolicznym sklepikarzom, że muszą jej płacić za "ochronę", bo inaczej coś złego może się zdarzyć. A w rzeczywistości jej wartość dodana jest żadna.
No właśnie. A przecież w większości jesteśmy uczciwymi ludźmi, którzy nie lubią popełniać przestępstw. Już nauczyliśmy się, że mimo tego, że w supermarkecie towar jest na wyciągnięcie ręki, należy za niego zapłacić. Co prawda motywuje wielu z nas do tego system kamer, ochrona, lustra, ale minęły czasy, kiedy ochrona nie pozwalała wejść do sklepu z większą damską torebką. Dzisiaj wchodzę z dużym plecakiem, albo z zakupami z innego sklepu i praktycznie nikt problemów nie robi. Nawet zniechęcają mnie do zostawiania rzeczy w przechowalni i muszę prosić, aby przyjęli wiadro, z którym nie mam ochoty włóczyć się po sklepie spożywczym.
Pewno ponad dwadzieścia lat temu, w latach osiemdziesiątych byłem w DDR ze szkolną kolonią. Polskie dzieci doznawały oczopląsu w niemieckich, kolorowych, dobrze zaopatrzonych sklepach. I towary dostępne na wyciągnięcie ręki kusiły. Było mi mocno wstyd, kiedy moi koledzy wracali z wycieczki po mieście z łupem w postaci dwudziestu ołówków, dziesięciu gumek do mazania i pióra. Kradli drobne przedmioty, bo były łatwo dostępne, choć ich wartość była niewielka nawet dla polskiego trzynastolatka. Ale kradli, bo były dostępne i nikt nie patrzył. Ludzie nie mieli tak mocnego poczucia cudzej własności. Społeczeństwo, w którym za naturalne uważało się przynoszenie papieru, ołówków czy kredy z zakładu pracy, a ten który "zdobył" najwięcej, był uważany za bardziej zaradnego, nie uczyło nas uczciwości. Nie było wtedy poczucia, że jeśli ja teraz kogoś okradnę, to on może też okraść mnie. Nawet nie używało się wtedy słowa "kradzież". Rzeczy się "zdobywało". Być może było to spowodowane tym, że wszystko było ciężko dostępne, że zakłady były państwowe i wszędzie panowało rozdawnictwo. Wszystko było "wspólną" własnością. "Prywaciarz", "prywatny" stały się słowami pejoratywnymi. Więc wynosząc szafę z zakładu meblowego, pracownicy czuli, że im się to należy, bo potrafili sobie "zdobyć", a przecież była ona ich, zrobiona wspólnym trudem.
Ale wszystko się zmienia. Tak jak coraz mniej śmiecimy na ulicach, bo zaczynamy rozumieć, że jeśli wyrzucimy śmiecia na swoim osiedlu, to nasze osiedle będzie brudne, tak samo coraz rzadziej kradniemy cudzą własność. Bo sami nie chcemy być okradani. No i coraz bardziej nas stać na kupno rzeczy. I buduje się świadomość utrzymania w czystości wspólnej okolicy, bo jest ona moja prywatna.
Także w temacie praw autorskich, własności programów, utworów muzycznych i książek buduje się świadomość - świadomść cudzej własności. Jeszcze trochę musimy dojrzeć do tego, aby kupić coś tak niematerialnego jak program, ebooka czy plik mp3, ale kiedy twórcy zaczną podkreślać, że dzieło jest wynikiem ich trudu, że zapracowali sobie na to, abyśmy im zapłacili, to będzie się działo. Świadomość będzie się w ludziach budować. Świadomość tego, że produkuje się nie tylko cegłę, chleb czy dom, ale muzykę, film czy książkę, które nie muszą mieć materialnego nośnika.
Jeszcze kilka lat temu koledzy bardzo dziwnie patrzyli na mnie, kiedy komunikowałem im, że kupiłem program shareware, zamiast ściągnąć sobie cracka. Nie bardzo mogli zrozumieć to, że nie mogę im dać klucza licencyjnego, bo zapłaciłem za niego, że jest moją własnością. A propozycja zakupu u twórcy spotykała się ze zdziwieniem. Teraz coraz częściej ktoś przyznaje się do zakupu programu. Z jednej strony jest to większa świadomość, z drugiej niższa cena. Cena, na którą stać przeciętnego człowieka. Co zaczynają też powoli chyba rozumieć firmy takie jak Microsoft. Że niższa cena i większa dostępność powodują efekt skali, i zachęcają do zakupu większą ilość klientów.
Podobnie, choć szybciej dzieje się z utworami muzycznymi. Płyty w Polsce są zabójczo drogie. Niewiele osób stać na kupienie oryginalnej płyty. A kupienie utworu za kilka złotych mieści się w granicach rozsądnej ceny. I nie wiem czy ewentualne zabezpieczenia "antypirackie" zachęcą, czy bardziej zniechęcą kupującego. Mam kilka różnych odtwarzaczy, więc chciałbym sobie kupiony utwór odsłuchiwać w dowolnym z nich. Jeśli moja ulubiona piosenka nie pozwoli mi się skopiować z domowego komputera, który jest centrum multimedialnym, na komórkę, albo przenośny odtwarzacz, to na drugi raz zabezpieczonego utworu nie kupię, ale zadam sobie trud, aby skopiować od kogoś niezabezpieczony, który mi na to pozwoli. A dodatkowo mam poczucie że zabezpieczenia insynuują, iż jestem potencjalnym złodziejem, którego należy się bać. Jak sprzedawczyni w sklepie samoobsługowym, która chodzi krok w krok za klientem, jakby go pilnowała, żeby czegoś nie ukradł. Taki klient czym prędzej wychodzi ze sklepu, w którym czuje się intruzem i potencjalnym złodziejem. I nie wraca do niego. A rzesza takich klientów może skutkować społecznym buntem przeciwko brakowi zaufania, kontroli i wyłudzenia dodatkowych pieniędzy na kontrolę. I klientele straci tak samo sklep ze słodyczami jak sprzedawca piosenek.
Niektórzy twórcy robią eksperymenty, rozdając muzykę. Radiohead pozwolił ściągnąć swoją najnowszą płytę i płacić "co łaska". Wiele osób ściągnęło płytę z pirackich torrentów, wiele osób ściągnęło ją, bez przekazania autorom przysłowiowego centa. Ale spora rzesza fanów przelała na konto grupy pieniądze. Z szacunków wynika, że zarobili na tym eksperymencie wystarczająco za swój trud. Podawana jest liczba od 6 do 10 milionów dolarów. Myślę, że wiele osob, które ściągnęły płytę, nie płacąc, stwierdziły że albo nie podoba się im ona na tyle, żeby zapłacić, albo sposób płacenia był na tyle czasochłonny i niewygodny, że zrezygnowały.
I tu przejdę do sedna mojej wypowiedzi. Myślę, że ludzie z natury nie są złodziejami, ale są leniwi. Żeby ich zmusić do płacenia za treści i muzykę, trzeba zmienić sposób płacenia. Musi być łatwy, szybki i oczywisty. Wtedy będzie można zrezygnować z zabezpieczeń w dzisiejszej formie. A do tego potrzebujemy rewolucyjnego pomysłu, który przyjmie się, będzie powszechny i tani w eksploatacji. Coś na miarę kart kredytowych wiele lat temu, albo płatności SMSem.
No właśnie. A przecież w większości jesteśmy uczciwymi ludźmi, którzy nie lubią popełniać przestępstw. Już nauczyliśmy się, że mimo tego, że w supermarkecie towar jest na wyciągnięcie ręki, należy za niego zapłacić. Co prawda motywuje wielu z nas do tego system kamer, ochrona, lustra, ale minęły czasy, kiedy ochrona nie pozwalała wejść do sklepu z większą damską torebką. Dzisiaj wchodzę z dużym plecakiem, albo z zakupami z innego sklepu i praktycznie nikt problemów nie robi. Nawet zniechęcają mnie do zostawiania rzeczy w przechowalni i muszę prosić, aby przyjęli wiadro, z którym nie mam ochoty włóczyć się po sklepie spożywczym.
Pewno ponad dwadzieścia lat temu, w latach osiemdziesiątych byłem w DDR ze szkolną kolonią. Polskie dzieci doznawały oczopląsu w niemieckich, kolorowych, dobrze zaopatrzonych sklepach. I towary dostępne na wyciągnięcie ręki kusiły. Było mi mocno wstyd, kiedy moi koledzy wracali z wycieczki po mieście z łupem w postaci dwudziestu ołówków, dziesięciu gumek do mazania i pióra. Kradli drobne przedmioty, bo były łatwo dostępne, choć ich wartość była niewielka nawet dla polskiego trzynastolatka. Ale kradli, bo były dostępne i nikt nie patrzył. Ludzie nie mieli tak mocnego poczucia cudzej własności. Społeczeństwo, w którym za naturalne uważało się przynoszenie papieru, ołówków czy kredy z zakładu pracy, a ten który "zdobył" najwięcej, był uważany za bardziej zaradnego, nie uczyło nas uczciwości. Nie było wtedy poczucia, że jeśli ja teraz kogoś okradnę, to on może też okraść mnie. Nawet nie używało się wtedy słowa "kradzież". Rzeczy się "zdobywało". Być może było to spowodowane tym, że wszystko było ciężko dostępne, że zakłady były państwowe i wszędzie panowało rozdawnictwo. Wszystko było "wspólną" własnością. "Prywaciarz", "prywatny" stały się słowami pejoratywnymi. Więc wynosząc szafę z zakładu meblowego, pracownicy czuli, że im się to należy, bo potrafili sobie "zdobyć", a przecież była ona ich, zrobiona wspólnym trudem.
Ale wszystko się zmienia. Tak jak coraz mniej śmiecimy na ulicach, bo zaczynamy rozumieć, że jeśli wyrzucimy śmiecia na swoim osiedlu, to nasze osiedle będzie brudne, tak samo coraz rzadziej kradniemy cudzą własność. Bo sami nie chcemy być okradani. No i coraz bardziej nas stać na kupno rzeczy. I buduje się świadomość utrzymania w czystości wspólnej okolicy, bo jest ona moja prywatna.
Także w temacie praw autorskich, własności programów, utworów muzycznych i książek buduje się świadomość - świadomść cudzej własności. Jeszcze trochę musimy dojrzeć do tego, aby kupić coś tak niematerialnego jak program, ebooka czy plik mp3, ale kiedy twórcy zaczną podkreślać, że dzieło jest wynikiem ich trudu, że zapracowali sobie na to, abyśmy im zapłacili, to będzie się działo. Świadomość będzie się w ludziach budować. Świadomość tego, że produkuje się nie tylko cegłę, chleb czy dom, ale muzykę, film czy książkę, które nie muszą mieć materialnego nośnika.
Jeszcze kilka lat temu koledzy bardzo dziwnie patrzyli na mnie, kiedy komunikowałem im, że kupiłem program shareware, zamiast ściągnąć sobie cracka. Nie bardzo mogli zrozumieć to, że nie mogę im dać klucza licencyjnego, bo zapłaciłem za niego, że jest moją własnością. A propozycja zakupu u twórcy spotykała się ze zdziwieniem. Teraz coraz częściej ktoś przyznaje się do zakupu programu. Z jednej strony jest to większa świadomość, z drugiej niższa cena. Cena, na którą stać przeciętnego człowieka. Co zaczynają też powoli chyba rozumieć firmy takie jak Microsoft. Że niższa cena i większa dostępność powodują efekt skali, i zachęcają do zakupu większą ilość klientów.
Podobnie, choć szybciej dzieje się z utworami muzycznymi. Płyty w Polsce są zabójczo drogie. Niewiele osób stać na kupienie oryginalnej płyty. A kupienie utworu za kilka złotych mieści się w granicach rozsądnej ceny. I nie wiem czy ewentualne zabezpieczenia "antypirackie" zachęcą, czy bardziej zniechęcą kupującego. Mam kilka różnych odtwarzaczy, więc chciałbym sobie kupiony utwór odsłuchiwać w dowolnym z nich. Jeśli moja ulubiona piosenka nie pozwoli mi się skopiować z domowego komputera, który jest centrum multimedialnym, na komórkę, albo przenośny odtwarzacz, to na drugi raz zabezpieczonego utworu nie kupię, ale zadam sobie trud, aby skopiować od kogoś niezabezpieczony, który mi na to pozwoli. A dodatkowo mam poczucie że zabezpieczenia insynuują, iż jestem potencjalnym złodziejem, którego należy się bać. Jak sprzedawczyni w sklepie samoobsługowym, która chodzi krok w krok za klientem, jakby go pilnowała, żeby czegoś nie ukradł. Taki klient czym prędzej wychodzi ze sklepu, w którym czuje się intruzem i potencjalnym złodziejem. I nie wraca do niego. A rzesza takich klientów może skutkować społecznym buntem przeciwko brakowi zaufania, kontroli i wyłudzenia dodatkowych pieniędzy na kontrolę. I klientele straci tak samo sklep ze słodyczami jak sprzedawca piosenek.
Niektórzy twórcy robią eksperymenty, rozdając muzykę. Radiohead pozwolił ściągnąć swoją najnowszą płytę i płacić "co łaska". Wiele osób ściągnęło płytę z pirackich torrentów, wiele osób ściągnęło ją, bez przekazania autorom przysłowiowego centa. Ale spora rzesza fanów przelała na konto grupy pieniądze. Z szacunków wynika, że zarobili na tym eksperymencie wystarczająco za swój trud. Podawana jest liczba od 6 do 10 milionów dolarów. Myślę, że wiele osob, które ściągnęły płytę, nie płacąc, stwierdziły że albo nie podoba się im ona na tyle, żeby zapłacić, albo sposób płacenia był na tyle czasochłonny i niewygodny, że zrezygnowały.
I tu przejdę do sedna mojej wypowiedzi. Myślę, że ludzie z natury nie są złodziejami, ale są leniwi. Żeby ich zmusić do płacenia za treści i muzykę, trzeba zmienić sposób płacenia. Musi być łatwy, szybki i oczywisty. Wtedy będzie można zrezygnować z zabezpieczeń w dzisiejszej formie. A do tego potrzebujemy rewolucyjnego pomysłu, który przyjmie się, będzie powszechny i tani w eksploatacji. Coś na miarę kart kredytowych wiele lat temu, albo płatności SMSem.
poniedziałek, 12 listopada 2007
Plotka w erze komunikacji
Rano włączył się alarm w osiedlowym sklepie z alkoholem. Przed sklepem stali policjanci, coś się działo. Nie przypuszczam, żeby było to coś wielkiego. Nie było zbitych szyb, wyglądało na zwyczajnie włączony alarm. Kiedy przechodziłem obok, minął mnie około dziesięcio-, dwunastoletni chłopiec, żywo rozmawiający z kimś przez komórkę. Z dużym zaangażowaniem opowiadał: "Włamali się do 'Baryłki'. Policja już jest i szuka!" I tak właśnie rodzi się i błyskawicznie rozprzestrzenia plotka w dzisiejszym świecie. Czasem jeszcze zanim plotkogenna sytuacja minie, wie o niej spora grupa ludzi i czym prędzej dobudowuje fakty.
Kiedyś plotki nie roznosiły się tak szybko jak dziś. Trzeba było sporo wysiłku, aby informacja się rozeszła po okolicy. Aby się z kimś skomunikować, trzeba było wysłać gońca, posłańca, czy choćby barda.
Jeszcze niedawno miałem okazję zaobserwować roznoszenie się informacji na wsi. Działo się to jak przez tysiące lat. Sytuacja była nieprzyjemna, bo dotyczyła śmierci jednego z mieszkańców. Do domu wpadł sąsiad, rzucił szybko, że pogrzeb będzie po południu i pobiegł dalej, roznosić wieść do innych sąsiadów. On pewno odwiedził najbliższych, ci wysłali kogoś do następnych i tak w niedługim czasie cała wieś wiedziała i przygotowywała się na pożegnanie współmieszkańca.
Przez tysiące lat informacja rozprzestrzeniała się o wiele wolniej. Ta, która była najważniejsza i miała trwać pokolenia, była przekazywana przez wędrownych bardów, którzy chodzili od wsi do wsi i śpiewali pieśni o dzielnych wojach, o bohaterskich wydarzeniach. Teraz wszystko staramy się opublikować w Internecie, bo mało kto chce czekać na radiowe czy telewizyjne wiadomości. Przez to informacja często wiarygodnością zbliża się do dawnych przekazów. Wiele źródeł, które przekazują informację jak najszybciej po jej otrzymaniu, zmierza ku coraz większej liczbie przekłamań. I tak jak kiedyś wojownik, który w samoobronie zabił przeciwnika, przekształcał się w historiach w narodowego bohatera, który wywołał powstanie, tak teraz wikipedia boryka się z fikcyjnymi postaciami, których nie można usunąć, bo twórcy encyklopedii nie są pewni, czy ktoś taki nie istnieje. A trudniej udowodnić nieistnienie kogoś lub czegoś niż istnienie.
A zatem stają przed nami nowe wyzwania. Musimy uczyć się coraz lepiej filtrować informację, odróżniać prawdziwe od nieprawdziwych i chronić się przed natłokiem niepotrzebnych informacji. I pewno jedna jest broń, która może nam w tym pomóc. Dobra komunikacja z otoczeniem. Umiejętność sprawnego i bez przekłamań przekazywania informacji, oraz umiejętność sprawnego i bez przekłamań odbioru informacji. A do tego potrzebny jest otwarty umysł, wiedza znacznie szersza niż wymagana w poprzednich wiekach. Już nie specjalizacja w jednej, wybranej dziedzinie, ale wciąż poszerzane kompetencje ogólne. Skończył się czas ekspertów, "zawodówek" i lutników. Zaczęła się Era Informacji.
Kiedyś plotki nie roznosiły się tak szybko jak dziś. Trzeba było sporo wysiłku, aby informacja się rozeszła po okolicy. Aby się z kimś skomunikować, trzeba było wysłać gońca, posłańca, czy choćby barda.
Jeszcze niedawno miałem okazję zaobserwować roznoszenie się informacji na wsi. Działo się to jak przez tysiące lat. Sytuacja była nieprzyjemna, bo dotyczyła śmierci jednego z mieszkańców. Do domu wpadł sąsiad, rzucił szybko, że pogrzeb będzie po południu i pobiegł dalej, roznosić wieść do innych sąsiadów. On pewno odwiedził najbliższych, ci wysłali kogoś do następnych i tak w niedługim czasie cała wieś wiedziała i przygotowywała się na pożegnanie współmieszkańca.
Przez tysiące lat informacja rozprzestrzeniała się o wiele wolniej. Ta, która była najważniejsza i miała trwać pokolenia, była przekazywana przez wędrownych bardów, którzy chodzili od wsi do wsi i śpiewali pieśni o dzielnych wojach, o bohaterskich wydarzeniach. Teraz wszystko staramy się opublikować w Internecie, bo mało kto chce czekać na radiowe czy telewizyjne wiadomości. Przez to informacja często wiarygodnością zbliża się do dawnych przekazów. Wiele źródeł, które przekazują informację jak najszybciej po jej otrzymaniu, zmierza ku coraz większej liczbie przekłamań. I tak jak kiedyś wojownik, który w samoobronie zabił przeciwnika, przekształcał się w historiach w narodowego bohatera, który wywołał powstanie, tak teraz wikipedia boryka się z fikcyjnymi postaciami, których nie można usunąć, bo twórcy encyklopedii nie są pewni, czy ktoś taki nie istnieje. A trudniej udowodnić nieistnienie kogoś lub czegoś niż istnienie.
A zatem stają przed nami nowe wyzwania. Musimy uczyć się coraz lepiej filtrować informację, odróżniać prawdziwe od nieprawdziwych i chronić się przed natłokiem niepotrzebnych informacji. I pewno jedna jest broń, która może nam w tym pomóc. Dobra komunikacja z otoczeniem. Umiejętność sprawnego i bez przekłamań przekazywania informacji, oraz umiejętność sprawnego i bez przekłamań odbioru informacji. A do tego potrzebny jest otwarty umysł, wiedza znacznie szersza niż wymagana w poprzednich wiekach. Już nie specjalizacja w jednej, wybranej dziedzinie, ale wciąż poszerzane kompetencje ogólne. Skończył się czas ekspertów, "zawodówek" i lutników. Zaczęła się Era Informacji.
piątek, 19 października 2007
Piękny jest ten świat...
Tak. Dzisiejsze czasy są piękne. Tyle rzeczy w życiu stało się prostszych i jednocześnie bardziej skomplikowanych. Coraz więcej się dookoła nas dzieje, coraz więcej musimy robić i rozumieć, więc coraz więcej problemów się pojawia, ale jednocześnie coraz łatwiej je rozwiązywać. Ostatnio miałem problem z kartą telewizyjną. Któregoś dnia przestała reagować na przycisk PiP. Zamiast wyświetlić okienko podglądu, wypisywała po chińsko-angielsku "None support mode". Po krótkich poszukiwaniach na google znalazłem trywialne rozwiązanie tego problemu. Wystarczyło wyłączyć na chwilę kartę z zasilania, poczekać i włączyć z powrotem. Proste, prawda? Wszystko byłoby rzeczywiście tak proste jak piszę, gdyby nie to, że odpowiedź znalazłem na forum z Hong Kongu. Pisanym oczywiście po chińsku. Ale przecież google translate tłumaczy całe strony. Jeszcze nie na polski, ale angielski wystarcza. I wszystko staje się prostsze, choć tak skomplikowane. Bo przecież kilkanaście lat temu nie myślałbym nawet o posiadaniu zewnętrznej karty telewizyjnej. Nawet nie było takiego określenia. Bo były miejsca w Polsce, gdzie słowo "telewizor" znane było jedynie z elementarza Falskiego, albo z telewizyjnych poranków w lokalnym domu kultury. A żeby telewizję oglądać w wysokiej rozdzielczości, na dużym, płaskim ekranie, za pomocą małego i ładnego pudełeczka... Pewno wielu nie mieściłoby się to w głowach. Ale po co miało się mieścić, kiedy problemy wtedy były prostsze. Nie mieli google translate, ale jednocześnie nie musieli szukać rozwiązań swoich problemów na forach prowadzonych przez Chińczyków. Problemy rozwiązywało się wewnątrz wioski, bo były to problemy lokalnej społeczności. Np. czy elektrykę podpiąć do domu, czy wystarczy do Domu Kultury.
Dzisiejsza druga sytuacja ponownie pokazuje, jak bardzo świat się zmienił w czasie naszego życia. Mama prosiła mnie o przykład listy działalności, którą mogłaby dopisać do swojego wpisu do ewidencji. Ania kiedyś analizowała ten problem, więc pokaźną listę miała gotową. Dla ułatwienia sfotografowałem kiedyś nasz wpis i zapisałem w pdf-ie, aby mieć zawsze na pendrive. Bo przecież skaner to również przeżytek. Potrzebuję go użyć raz na kilka lat, więc można sobie w inny sposób poradzić. Zatem teraz wystarczyło tylko wydrukować dokumenty i dać mamie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy wydruk puściłem w salonie z notebooka, który nie miał podpiętego żadnego kabelka, a potem poszedłem po niego do drukarki, samotnie stojącej w sąsiednim pokoju. Przecież jeszcze niedawno wszystko musiało być spięte kablami, żeby współdziałało. A trochę wcześniej po prostu nic nie współdziałało, każde urządzenie było niezależne. Aby zrobić kopię, trzeba było jechać do centrum Krakowa, na Jana, gdzie był jeden z niewielu komercyjnych kserografów. Z pamiętnym fioletowym tonerem... A teraz nawet drukarka może mieć własną kartę bezprzewodową i serwer www do zdalnej obsługi. Nawet nie trzeba wstawać z fotela, żeby sprawdzić czy papier się nie zaciął, bo widać to w przeglądarce. Ale jak to wytłumaczyć mamie? No i kiedy nie będę musiał wstawać z fotela, kiedy papier się zatnie? Może wtedy, kiedy kolejna generacja ConnectR'a firmy iRobot zajmie się za mnie tym niewdzięcznym zajęciem? Na razie ConnectR tylko może podglądać rodzinę, kiedy właściciel wyjedzie, pomagać w zdalnej rozmowie i zabawie z dziećmi. Ale jego robocia rodzina może wykonywać wiele innych czynności. Zaczęło się od niewinnej Roomby, która goniła po pokoju, odkurzając sumiennie narożniki i ciasne przestrzenie pod łóżkiem, a teraz widzę na stronach firmy iRobot roboty do czyszczenia rynien, basenów, warsztatów... A ich poważniejsi bracia pracują tam, gdzie człowiek nie chce, lub nie może się zapuszczać. Idą w miejsca, w porównaniu z którymi stara, zardzewiała rynna nie jest niczym strasznym czy niebezpiecznym. Na razie idą...
Ale zaczęło się od zachwytu nad pięknem naszego dzisiejszego świata, więc na tym zakończę. Życie staje się coraz bardziej skomplikowane, coraz trudniej nam rozwiązywać samodzielnie nasze problemy. Na razie jest jeszcze jakaś grupa ludzi, która rozumie technikę i technologię, która nam służy. Ale grupa ta zmniejsza się coraz bardziej. Kiedyś tylko dziadkowi nie mogłem wytłumaczyć, jak działa komórka, i skąd znajomi wiedzą, że jestem właśnie u Dziadków. I jak to się dzieje że mogą do mnie zadzwonić. A teraz? Teraz nie wiadomo, czy w niedługim czasie nie będziemy musieli wyprodukować sobie robotów, które za nas będą rozumiały pewne sprawy i za nas będą rozwiązywały trudniejsze problemy. Bo wytłumaczyć nam nie będą mogły. Tylko czy nie ziści się wtedy "Golem XIV"???
Dzisiejsza druga sytuacja ponownie pokazuje, jak bardzo świat się zmienił w czasie naszego życia. Mama prosiła mnie o przykład listy działalności, którą mogłaby dopisać do swojego wpisu do ewidencji. Ania kiedyś analizowała ten problem, więc pokaźną listę miała gotową. Dla ułatwienia sfotografowałem kiedyś nasz wpis i zapisałem w pdf-ie, aby mieć zawsze na pendrive. Bo przecież skaner to również przeżytek. Potrzebuję go użyć raz na kilka lat, więc można sobie w inny sposób poradzić. Zatem teraz wystarczyło tylko wydrukować dokumenty i dać mamie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy wydruk puściłem w salonie z notebooka, który nie miał podpiętego żadnego kabelka, a potem poszedłem po niego do drukarki, samotnie stojącej w sąsiednim pokoju. Przecież jeszcze niedawno wszystko musiało być spięte kablami, żeby współdziałało. A trochę wcześniej po prostu nic nie współdziałało, każde urządzenie było niezależne. Aby zrobić kopię, trzeba było jechać do centrum Krakowa, na Jana, gdzie był jeden z niewielu komercyjnych kserografów. Z pamiętnym fioletowym tonerem... A teraz nawet drukarka może mieć własną kartę bezprzewodową i serwer www do zdalnej obsługi. Nawet nie trzeba wstawać z fotela, żeby sprawdzić czy papier się nie zaciął, bo widać to w przeglądarce. Ale jak to wytłumaczyć mamie? No i kiedy nie będę musiał wstawać z fotela, kiedy papier się zatnie? Może wtedy, kiedy kolejna generacja ConnectR'a firmy iRobot zajmie się za mnie tym niewdzięcznym zajęciem? Na razie ConnectR tylko może podglądać rodzinę, kiedy właściciel wyjedzie, pomagać w zdalnej rozmowie i zabawie z dziećmi. Ale jego robocia rodzina może wykonywać wiele innych czynności. Zaczęło się od niewinnej Roomby, która goniła po pokoju, odkurzając sumiennie narożniki i ciasne przestrzenie pod łóżkiem, a teraz widzę na stronach firmy iRobot roboty do czyszczenia rynien, basenów, warsztatów... A ich poważniejsi bracia pracują tam, gdzie człowiek nie chce, lub nie może się zapuszczać. Idą w miejsca, w porównaniu z którymi stara, zardzewiała rynna nie jest niczym strasznym czy niebezpiecznym. Na razie idą...
Ale zaczęło się od zachwytu nad pięknem naszego dzisiejszego świata, więc na tym zakończę. Życie staje się coraz bardziej skomplikowane, coraz trudniej nam rozwiązywać samodzielnie nasze problemy. Na razie jest jeszcze jakaś grupa ludzi, która rozumie technikę i technologię, która nam służy. Ale grupa ta zmniejsza się coraz bardziej. Kiedyś tylko dziadkowi nie mogłem wytłumaczyć, jak działa komórka, i skąd znajomi wiedzą, że jestem właśnie u Dziadków. I jak to się dzieje że mogą do mnie zadzwonić. A teraz? Teraz nie wiadomo, czy w niedługim czasie nie będziemy musieli wyprodukować sobie robotów, które za nas będą rozumiały pewne sprawy i za nas będą rozwiązywały trudniejsze problemy. Bo wytłumaczyć nam nie będą mogły. Tylko czy nie ziści się wtedy "Golem XIV"???
niedziela, 7 października 2007
Dez-organizacja pracy
Od wielu już lat pracuję w trybie zadaniowym. Codziennie pojawia się wiele rzeczy, wiele nowych, niespodziewanych zadań, które rozbijają cały plan dnia i każą szybko decydować. Taka praca menedżera (będę sobie pisał to słowo naprzemiennie, zgodnie ze słownikiem języka polskiego, który dopuszcza zarówno formę "menadżer" jak i "menedżer"). Trzeba szybko reagować na codzienne zaskakujące sytuacje, podejmować szybko decyzje, potrafić dzielić swój czas. Ale taki tryb pracy powoduje, że przestaję umieć wykonywać dłuższe zadania, które wymagają skupienia, koncentracji dłużej niż przez kilkanaście minut. Teraz nawet jeśli mam luźniejszy dzień, w którym mniej się dzieje, w którym można zrealizować sprawy leżące odłogiem ze względu na ich czasochłnność, nie potrafię tego zrobić, bo umysł przyzwyczajony do ciągłego przełączania zadań oczekuje na coś nowego i nie skupia się dostatecznie na rzeczy robionej obecnie. Umysł nie pozwala się skoncentrować, zebrać rozbieganych myśli, skupić ich na chwili bieżącej, tylko od razu wybiega w przyszłość, próbuje przewidywać niespodzianki. Wynikiem tego jest opisywana przeze mnie ostatnio kreatywność odtwórcza. Ta "kreatywność" jest tylko jednym ze skutków takiej pracy. Oprócz tego że człowiek przestaje być kreatywny, to wykonywane zadania przestają sprawiać satysfakcję. Coraz mniej rzeczywistych wyzwań staje przed człowiekiem i coraz mniej potrafi zrealizować rzeczy, które dają szybkie zadowolenie. Bo przecież każdy człowiek potrzebuje w miarę szybkich efektów jako siły napędowej swoich działań. Do dalszej pracy popędza nas nie to, co potrafimy zrealizować w ciągu piętnastu minut, ale to, co zajmuje dzień, dwa, lub tydzień. Także zadania trwające zbyt długo, jak duże projekty, przestają mieć funkcję motywującą, bo gdzieś, pośród rozwiązywania pojedynczych problemów i dążenia do odległego celu, zatracamy wizję efektu końcowego i nadzieję. Cel jest zbyt odległy dla naszego, wciąż pierwotnego, umysłu, dla którego zrozumiałym efektem jest upolowanie szablastozębnego tygrysa w ciągu jednego polowania. No i wtedy pojawia się syndrom wypalenia zawodowego menedżerów. I jedni się temu poddają, przyznają że są wypaleni i potrzebują czegoś, co sprawi że podbudują przekonanie o sobie poprzez realizację prostszych zadań, a inni brną w temat, we własnej świadomości nie chcą się poddać. I mamy wypalonych, którzy łykają proszki, nie śpią po nocach, ale realizują niemożliwe projekty i stanowią chlubę dla firmy. I dostają swoją pensję i jakąś premię, która powinna ich zadowolić.
Akurat kilka dni temu miałem trochę czasu dla siebie. Byłem chory na tyle, że nie mogłem mówić, angażować się za bardzo w pracę, ale nie na tyle, żeby zrobić coś dla siebie. Zająłem się jedną z moich pasji - obróbką zdjęć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że praca, która przyniosła wymierny wizualny efekt, zajęła mi ledwie pół godziny. Nie brałem się za to do tej pory, jako wytłumaczenie mając czasochłonność. Byłem przekonany, że to poważna i długotrwała praca, która zajmie mi długie godziny. Godziny, których zwykle nie mam. Wielką niespodzianką było szybkie dojście do celu.
Bardzo cenię sobie teraz te chwile z ostatnich dni, które pozwoliły mi pomyśleć, zrobić coś, co lubię, co daje
szybką, rzeczywistą satysfakcję. Co nie wymaga kilku lat pracy, wyrzeczeń, nadziei. Dzięki temu powstało np. nowe logo aak.pl. Logo jeszcze nie dopracowane, ale już pokazujące zmiany, które w nas zaszły.
Powstało jeszcze wiele innych pomysłów, które wymagają kreatywności proaktywnej. Tej, której ostatnio wciąż nam brakuje.
Akurat kilka dni temu miałem trochę czasu dla siebie. Byłem chory na tyle, że nie mogłem mówić, angażować się za bardzo w pracę, ale nie na tyle, żeby zrobić coś dla siebie. Zająłem się jedną z moich pasji - obróbką zdjęć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że praca, która przyniosła wymierny wizualny efekt, zajęła mi ledwie pół godziny. Nie brałem się za to do tej pory, jako wytłumaczenie mając czasochłonność. Byłem przekonany, że to poważna i długotrwała praca, która zajmie mi długie godziny. Godziny, których zwykle nie mam. Wielką niespodzianką było szybkie dojście do celu.
Bardzo cenię sobie teraz te chwile z ostatnich dni, które pozwoliły mi pomyśleć, zrobić coś, co lubię, co daje
szybką, rzeczywistą satysfakcję. Co nie wymaga kilku lat pracy, wyrzeczeń, nadziei. Dzięki temu powstało np. nowe logo aak.pl. Logo jeszcze nie dopracowane, ale już pokazujące zmiany, które w nas zaszły.Powstało jeszcze wiele innych pomysłów, które wymagają kreatywności proaktywnej. Tej, której ostatnio wciąż nam brakuje.
środa, 26 września 2007
Kreatywność menadżera
Ostatnio zauważyłem, że praca menadżera zabija kreatywność. To dosyć kontrowersyjna teza, bo od menadżera wymaga się aktywnego rozwiązywania problemów, przewidywania i bycia "kreatywnym". Z tym że wymagana tu jest kreatywność odtwórcza, umiejętność rozwiązywania bieżących problemów, przewidywania ich i zaradzania zanim urosną do rangi problemu. Nie ma tu za bardzo miejsca na kreatywność autorską, kreatywność twórczą i fantazję. Menadżer jest tak skupiony na rozwiązywaniu problemów, na podążaniu za wizją przedsiębiorstwa, że nie patrzy szerzej i dalej. Nie pozwala sobie na fantazję, na ryzyko działania twórczego, bo nie ma na to czasu i po długim i intensywnym dniu pracy jest zbyt zmęczony, by tworzyć. Mnogość wydarzeń dnia codziennego, ciągły stres, ciągłe nieprzewidziane sytuacje powodują, że menadżer ostatecznie traci kreatywność. Może właśnie to jest to wypalenie zawodowe? Może wypalenie zawodowe to nie zmęczenie i stres, ale utrata kreatywności, brak pomysłów i ostatecznie spadek zadowolenia z siebie?
Według mnie można zdefiniować dwa rodzaje kreatywności:
Natomiast kreatywność proaktywna cechuje artystów, wizjonerów, szefów genialnych firm. To umiejętność wymyślania, tworzenia, wychodzenia ponad przeciętność codzienności. Umiejętność pisania wierszy, opowiadania bajek, tworzenia przyszłości. Ale na to trzeba czasu, spokoju i chwili zastanowienia. Trzeba możliwości przemyślenia, chwili wyciszenia i wolnego czasu, aby wyzwolić kreatywność proaktywną. Kreatywność proaktywna to fantazja, wyjście ponad przeciętność i poza schematy.
No i tutaj zastanawiam się dlaczego szefowie-wizjonerzy potrzebują tak bardzo menadżerów, którzy wykazują się reaktywną kreatywnością? Czy dlatego, że firma potrzebuje takich działań na codzień? Czy może dlatego, że boją się konkurencji, boją się ludzi wychodzących poza schematy i bardziej zastanawiających się nad otaczającą nas rzeczywistością? A może po prostu większość menadżerów nie posiada w sobie kreatywności proaktywnej i dobrze się czują z tym co robią? Natomiast jednostki, które kreatywność proaktywną mają w sobie, potrzebują wolności i możliwości tworzenia. Może nie pasują do korporacji, bo ta potrzebuje jednego wizjonera. Bo droga może być tylko jedna. A ich miejsce jest we własnych, mniej lub bardziej, ale genialnych firmach, które rozwiną się w swoją stronę? Przecież nie każda genialna firma z genialnym człowiekiem musi być największa na świecie. Może to być firma genialna lokalnie? Dająca coś dla lokalnej społeczności? Wyzwalająca proaktywną kreatywność swojego twórcy na niewielkim terenie, ale przekazująca ludziom jakieś przesłanie w stylu MS Windows, iPhone, czy innych kreatywnych dzieł, ale w skali mini. Może....
Według mnie można zdefiniować dwa rodzaje kreatywności:
- kreatywność reaktywna,
- kreatywność proaktywna.
Natomiast kreatywność proaktywna cechuje artystów, wizjonerów, szefów genialnych firm. To umiejętność wymyślania, tworzenia, wychodzenia ponad przeciętność codzienności. Umiejętność pisania wierszy, opowiadania bajek, tworzenia przyszłości. Ale na to trzeba czasu, spokoju i chwili zastanowienia. Trzeba możliwości przemyślenia, chwili wyciszenia i wolnego czasu, aby wyzwolić kreatywność proaktywną. Kreatywność proaktywna to fantazja, wyjście ponad przeciętność i poza schematy.
No i tutaj zastanawiam się dlaczego szefowie-wizjonerzy potrzebują tak bardzo menadżerów, którzy wykazują się reaktywną kreatywnością? Czy dlatego, że firma potrzebuje takich działań na codzień? Czy może dlatego, że boją się konkurencji, boją się ludzi wychodzących poza schematy i bardziej zastanawiających się nad otaczającą nas rzeczywistością? A może po prostu większość menadżerów nie posiada w sobie kreatywności proaktywnej i dobrze się czują z tym co robią? Natomiast jednostki, które kreatywność proaktywną mają w sobie, potrzebują wolności i możliwości tworzenia. Może nie pasują do korporacji, bo ta potrzebuje jednego wizjonera. Bo droga może być tylko jedna. A ich miejsce jest we własnych, mniej lub bardziej, ale genialnych firmach, które rozwiną się w swoją stronę? Przecież nie każda genialna firma z genialnym człowiekiem musi być największa na świecie. Może to być firma genialna lokalnie? Dająca coś dla lokalnej społeczności? Wyzwalająca proaktywną kreatywność swojego twórcy na niewielkim terenie, ale przekazująca ludziom jakieś przesłanie w stylu MS Windows, iPhone, czy innych kreatywnych dzieł, ale w skali mini. Może....
niedziela, 16 września 2007
Trudne życie optymisty (w Polsce)
Mało mam doświadczenia w życiu w innych krajach, ale z tego co wiem od innych, z tego co mogę wywnioskować z różnych tekstów, to Polska jest takim dziwnym krajem. Optymiści mają tu trudno. Tutaj trzeba być smutnym, narzekać na wszystko niezależnie od tego co się dzieje. Tutaj problemem jest słoneczny dzień, deszcz, chłód czy ciepło. Zawsze znajdzie się powód do narzekania i niezadowolenia. Tutaj optymiści nie są mile widziani. Każdy, kto się uśmiecha, jest podejrzany, bo chyba mu jest lepiej niż innym. A przecież nie dobrze jest, kiedy komuś jest lepiej. A najgorzej, jeśli się uśmiecha, mimo tego, że dzieje się coś, co powinno stanowić powód do zmartwienia.
Ostatnio miałem ciężki czas, dużo rzeczy się wydarzało. Ogólne poddenerwowanie, zmęczenie i mnóstwo pechowych sytuacji. Ale największa moją winą w oczach niektórych było to, że przy tym wszystkim uśmiechałem się. Że spotykając kolegę na korytarzu, uśmiechałem się do niego, pytając co słychać. W odpowiedzi słyszałem: "Ty to jak zawsze nie masz żadnych problemów, bo się ciągle uśmiechasz."
Za coś takiego może w Polsce spotkać optymistę niezła kara. "Niech w końcu przestanie być optymistą. Ściągnę mu z ust ten przebrzydły uśmiech." A przecież taki uśmiech dodaje energii i otuchy. Szczególnie w sytuacjach trudnych i podbramkowych sprawdza się pozytywna energia, która promieniuje z ludzi, którzy muszą przewodzić, pomagać słabszym w trudnych sytuacjach. W niektórych krajach jest oczywiste, że przywódca jest tym najsilniejszym psychicznie i pomaga innym przetrwać, wspiera duchowo. Że właśnie dlatego jest przywódcą, że potrafi zagrzać do walki, a nie dlatego, że głośniej krzyczy, potrafi zniszczyć psychicznie opornych i zmusić do pracy poprzez psychiczny terror.
No chyba że się mylę i moja wizja to tylko marzenie o trawie, która jest bardziej zielona po drugiej stronie?
Ostatnio miałem ciężki czas, dużo rzeczy się wydarzało. Ogólne poddenerwowanie, zmęczenie i mnóstwo pechowych sytuacji. Ale największa moją winą w oczach niektórych było to, że przy tym wszystkim uśmiechałem się. Że spotykając kolegę na korytarzu, uśmiechałem się do niego, pytając co słychać. W odpowiedzi słyszałem: "Ty to jak zawsze nie masz żadnych problemów, bo się ciągle uśmiechasz."
Za coś takiego może w Polsce spotkać optymistę niezła kara. "Niech w końcu przestanie być optymistą. Ściągnę mu z ust ten przebrzydły uśmiech." A przecież taki uśmiech dodaje energii i otuchy. Szczególnie w sytuacjach trudnych i podbramkowych sprawdza się pozytywna energia, która promieniuje z ludzi, którzy muszą przewodzić, pomagać słabszym w trudnych sytuacjach. W niektórych krajach jest oczywiste, że przywódca jest tym najsilniejszym psychicznie i pomaga innym przetrwać, wspiera duchowo. Że właśnie dlatego jest przywódcą, że potrafi zagrzać do walki, a nie dlatego, że głośniej krzyczy, potrafi zniszczyć psychicznie opornych i zmusić do pracy poprzez psychiczny terror.
No chyba że się mylę i moja wizja to tylko marzenie o trawie, która jest bardziej zielona po drugiej stronie?
niedziela, 9 września 2007
Cztery godziny więcej
Skończyły się wakacje. Wracamy do stałych zwyczajów, do zajęć, których wiele mamy w ciągu roku szkolnego. Wakacje były czasem luźniejszym, bo nie mieliśmy treningów, nie odwoziłem Pauliny do przedszkola. A czasu wcale nie było więcej, a nawet jakby mniej. Dwa miesiące znikły, zanim się obejrzeliśmy. Nie wykorzystałem tych czterech dodatkowych godzin tygodniowo na inne zajęcia. Bardzo trudno jest dodać czasu na bieżące aktywności, dużo łatwiej jest wrzucić sobie coś nowego. Kompresja czasu działa tylko wtedy, jeśli mamy dużo różnorodnych zadań. To właśnie ta różnorodność, zmiana, możliwość przełączenia sposobu myślenia, pozwala na zrobienie więcej w tym samym czasie.
Kiedy się tak zastanowić, to jest to stara prawda, którą przekazują nam mądrzy ludzie w różnej formie. To dowcip o kozie (lub szafie), czy przypowieść o słoju właśnie o tym mówiły. Że efektywniej wykorzystamy nasz czas, jeśli weźmiemy na siebie nowe, ale inne rzeczy. Jeśli dodatkowe czynności będą się bardzo różniły od tych, które chcemy uzupełnić. Bo w rzeczywistości to powtarzalność i zbyt długie skupienie na jednym niesie znużenie, które nie sprzyja efektywności. A odpowiednio dobrane zmiany pozwalają nawet aktywnie odpocząć, a przy okazji zrealizować się w czymś innym.
Na drugim biegunie mamy jednak zbytnie rozdrobnienie w zadaniach. Jeśli muszę się co rusz przełączać na co innego, zastanawiać się czy już z kimś zdążyłem porozmawiać, napisać dokument do końca, czy szybko odpowiedzieć na telefoniczne pytanie, to także przestaję działać efektywnie. Okazuje się, że po całym dniu takiej szarpaniny jestem zmęczony, a zadowolenie z wykonanej pracy jest niewielkie. Ale tu można zadbać o organizację czasu, ustalenie priorytetów, wykonywanie na raz jednej czynności, ale wykonywanie tego do końca. Zasada niewracania do zadania jest trudna do realizacji w 100%, ale należy do tych 100% dążyć. A potem przełączyć się na inne prace.
No i ostatnia sprawa. Gdzieś jest granica, której przekroczenie powoduje ogólny spadek zadowolenia z siebie. Bo wewnętrzna szarpanina, próba złapania pięciu srok za ogon, dążenie do zbyt dużej ilości celów jednocześnie powoduje rozstrój i jeszcze większe poczucie niespełnienia. Ale ta granica jest bardzo indywidualna dla człowieka. Nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie ją ocenić w sposób inny niż poprzez doświadczenie swojej granicy. Przez uderzenie głową o sufit własnych ograniczeń. Ale człowiek tak działa, że musi od czasu do czasu poczuć ból, który go zmotywuje do zastanowienia, przemyśleń. Kiedy poczuje się źle, to dopiero wtedy będzie wiedział jak to jest, kiedy jest dobrze. Kiedy czuje się komfortowo ze sobą, kiedy realizuje się w życiu. Takie siedem lat tłustych i siedem chudych...
Kiedy się tak zastanowić, to jest to stara prawda, którą przekazują nam mądrzy ludzie w różnej formie. To dowcip o kozie (lub szafie), czy przypowieść o słoju właśnie o tym mówiły. Że efektywniej wykorzystamy nasz czas, jeśli weźmiemy na siebie nowe, ale inne rzeczy. Jeśli dodatkowe czynności będą się bardzo różniły od tych, które chcemy uzupełnić. Bo w rzeczywistości to powtarzalność i zbyt długie skupienie na jednym niesie znużenie, które nie sprzyja efektywności. A odpowiednio dobrane zmiany pozwalają nawet aktywnie odpocząć, a przy okazji zrealizować się w czymś innym.
Na drugim biegunie mamy jednak zbytnie rozdrobnienie w zadaniach. Jeśli muszę się co rusz przełączać na co innego, zastanawiać się czy już z kimś zdążyłem porozmawiać, napisać dokument do końca, czy szybko odpowiedzieć na telefoniczne pytanie, to także przestaję działać efektywnie. Okazuje się, że po całym dniu takiej szarpaniny jestem zmęczony, a zadowolenie z wykonanej pracy jest niewielkie. Ale tu można zadbać o organizację czasu, ustalenie priorytetów, wykonywanie na raz jednej czynności, ale wykonywanie tego do końca. Zasada niewracania do zadania jest trudna do realizacji w 100%, ale należy do tych 100% dążyć. A potem przełączyć się na inne prace.
No i ostatnia sprawa. Gdzieś jest granica, której przekroczenie powoduje ogólny spadek zadowolenia z siebie. Bo wewnętrzna szarpanina, próba złapania pięciu srok za ogon, dążenie do zbyt dużej ilości celów jednocześnie powoduje rozstrój i jeszcze większe poczucie niespełnienia. Ale ta granica jest bardzo indywidualna dla człowieka. Nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie ją ocenić w sposób inny niż poprzez doświadczenie swojej granicy. Przez uderzenie głową o sufit własnych ograniczeń. Ale człowiek tak działa, że musi od czasu do czasu poczuć ból, który go zmotywuje do zastanowienia, przemyśleń. Kiedy poczuje się źle, to dopiero wtedy będzie wiedział jak to jest, kiedy jest dobrze. Kiedy czuje się komfortowo ze sobą, kiedy realizuje się w życiu. Takie siedem lat tłustych i siedem chudych...
niedziela, 2 września 2007
Genialne firmy, genialni ludzie
Obserwuję sobie rozwój firm. Genialnych, kreatywnych, twórczych i tych zwykłych. Nasuwa mi się takie spostrzeżenie. Na początku sukces genialnej firmy zależy od genialnego stwórcy i grupy genialnych zapaleńców, którymi się otoczył. To ta grupa w całości decyduje o tym, czy firma będzie liderem rynku, czy stanie się wielka, czy zostanie jedną z przeciętnych firm, albo wręcz zniknie z rynku. Genialny lider toruje drogę, którą podąża Zespół. Zmotywowany na stworzenie czegoś fajnego, dobrego, lepszego. Zespół, który nie patrzy na pieniądze, konkurencję, rynek, ale ma swoją wizję, i wkłada w nią swoją energię. Zespól genialnych ludzi działa jako grupa i wykorzystuje najlepsze umiejętności każdego z członków. Taki zespół zna swoje możliwości, dobrze lokuje i organizuje pracę, aby każdy z członków robił to, co lubi, i najlepiej jak umie.
A co się dzieje, kiedy firma się rozwija, rozrasta? Kiedy zaczyna z poczwarki "enterpreneur'a" stawać się korporacją? Czy wtedy wciąż jest miejsce dla tych genialnych, którzy ciągnęli firmę w początkowym okresie? Wydaje mi się, że coraz mniej jest tego miejsca. Czasem firma potrafi nawet wyrzucić genialnego przywódcę, który nie chce przyjąć korporacyjnego ładu. A co dopiero ludzie, którzy mają formalnie niewielkie znaczenie w skali firmy z tysiącami pracowników. Taka maszyneria zaczyna się rządzić nowymi prawami. Tutaj procedury, procesy, długoterminowe plany mają znaczenie o wiele większe, niż wizja, umiejętność szybkiego reagowania w trudnych sytuacjach i geniusz doskonałych fachowców. Taka firma chętniej przyjmuje przeciętnych, którzy
będą skutecznie i sumiennie wykonywali narzucone obowiązki, niż ludzi, którzy chcą realizować swoją wizję i umieją coś robić lepiej. Tu zaczyna się sprawdzać stare powiedzenie: "Lepsze jest wrogiem dobrego". Korporacja nie chce, nie umie sobie pozwolić na szaleństwo i geniusz. To zbyt ryzykowne i źle odbierane przez rynek. W ogólności ludzie wolą w miarę dobre, przeciętne, niż genialne. Ludzie boją się geniuszu, więc bardziej ufają firmom, które wyglądaja na stabilne, prezentują realne prognozy giełdowe, spokojny wzrost, mają długoterminowa plany i ISO 9000:2001 niż fascynatom i wizjonerom.
Na rynku obserwujemy wiele przykładów takich firm - Dell z Michaelem Dellem, Apple ze Steve'm Jobbsem, Microsoft z Billem Gatesem to tylko pierwsze nasuwające się przykłady, których mógłbym mnożyć wiele, także z własnego otoczenia. W pewnym momencie nawet ci przywódcy muszą odejść. bo rynek się ich boi. Jedni robią to dyskretnie, jak Bill. Ciągle jest w radzie nadzorczej i z tylniego fotela kieruje firmą. Inni, jak Steve czy Michael, odchodzą z wielkim hałasem, a potem z jeszcze większym hałasem wracają. Przystosowani do nowych warunków, bo przecież są genialni, zatem potrafią się adaptować.
A co z tymi geniuszami, których nazwisk zwykle nie znamy, ale którzy służyli wiedzą w narodzinach firmy? Czy fima chce ich zatrzymać, czy jest wdzięczna swoim ojcom za wychowanie? Czy może pozwala im odejść w stanie znużenia, zniechęcenia i rozczarowania dzieckiem, które nie okazuje szacunku nauczycielowi? Chyba tak to się właśnie odbywa. Wyrodne dzieci nie chcą utrzymywać swoich nauczycieli, kiedy już nie są im oni potrzebni. Pozwalają im odejść, założyć własne firmy lub współtworzyć nowe. Albo utrzymują na jakichś sztucznie stworzonych stanowiskach, które ani nie mają prestiżu, ani nie dają zadowolenia. Bo ludzie ci boją się zmian tak bardzo, że nie podejmują drastycznych decyzji przez całe lata. A firmy... nie przejmują się za bardzo ich losem. Same zostają z rzeszą przeciętnych, ale dobrze zarządzanych i zorganizowanych pracowników, którzy wykonują polecenia, pracują od-do, zasłaniają się kodeksem pracy, kiedy trzeba zostać po godzinach, a swojej niewiedzy nie muszą maskować, bo wszyscy wiedzą, że można się pomylić, więc błędy i potknięcia są wybaczane i nikną w korporacji. A za pracę nie bierze się już takiej osobistej uczuciowej odpowiedzialności.
A co się dzieje, kiedy firma się rozwija, rozrasta? Kiedy zaczyna z poczwarki "enterpreneur'a" stawać się korporacją? Czy wtedy wciąż jest miejsce dla tych genialnych, którzy ciągnęli firmę w początkowym okresie? Wydaje mi się, że coraz mniej jest tego miejsca. Czasem firma potrafi nawet wyrzucić genialnego przywódcę, który nie chce przyjąć korporacyjnego ładu. A co dopiero ludzie, którzy mają formalnie niewielkie znaczenie w skali firmy z tysiącami pracowników. Taka maszyneria zaczyna się rządzić nowymi prawami. Tutaj procedury, procesy, długoterminowe plany mają znaczenie o wiele większe, niż wizja, umiejętność szybkiego reagowania w trudnych sytuacjach i geniusz doskonałych fachowców. Taka firma chętniej przyjmuje przeciętnych, którzy
będą skutecznie i sumiennie wykonywali narzucone obowiązki, niż ludzi, którzy chcą realizować swoją wizję i umieją coś robić lepiej. Tu zaczyna się sprawdzać stare powiedzenie: "Lepsze jest wrogiem dobrego". Korporacja nie chce, nie umie sobie pozwolić na szaleństwo i geniusz. To zbyt ryzykowne i źle odbierane przez rynek. W ogólności ludzie wolą w miarę dobre, przeciętne, niż genialne. Ludzie boją się geniuszu, więc bardziej ufają firmom, które wyglądaja na stabilne, prezentują realne prognozy giełdowe, spokojny wzrost, mają długoterminowa plany i ISO 9000:2001 niż fascynatom i wizjonerom.
Na rynku obserwujemy wiele przykładów takich firm - Dell z Michaelem Dellem, Apple ze Steve'm Jobbsem, Microsoft z Billem Gatesem to tylko pierwsze nasuwające się przykłady, których mógłbym mnożyć wiele, także z własnego otoczenia. W pewnym momencie nawet ci przywódcy muszą odejść. bo rynek się ich boi. Jedni robią to dyskretnie, jak Bill. Ciągle jest w radzie nadzorczej i z tylniego fotela kieruje firmą. Inni, jak Steve czy Michael, odchodzą z wielkim hałasem, a potem z jeszcze większym hałasem wracają. Przystosowani do nowych warunków, bo przecież są genialni, zatem potrafią się adaptować.
A co z tymi geniuszami, których nazwisk zwykle nie znamy, ale którzy służyli wiedzą w narodzinach firmy? Czy fima chce ich zatrzymać, czy jest wdzięczna swoim ojcom za wychowanie? Czy może pozwala im odejść w stanie znużenia, zniechęcenia i rozczarowania dzieckiem, które nie okazuje szacunku nauczycielowi? Chyba tak to się właśnie odbywa. Wyrodne dzieci nie chcą utrzymywać swoich nauczycieli, kiedy już nie są im oni potrzebni. Pozwalają im odejść, założyć własne firmy lub współtworzyć nowe. Albo utrzymują na jakichś sztucznie stworzonych stanowiskach, które ani nie mają prestiżu, ani nie dają zadowolenia. Bo ludzie ci boją się zmian tak bardzo, że nie podejmują drastycznych decyzji przez całe lata. A firmy... nie przejmują się za bardzo ich losem. Same zostają z rzeszą przeciętnych, ale dobrze zarządzanych i zorganizowanych pracowników, którzy wykonują polecenia, pracują od-do, zasłaniają się kodeksem pracy, kiedy trzeba zostać po godzinach, a swojej niewiedzy nie muszą maskować, bo wszyscy wiedzą, że można się pomylić, więc błędy i potknięcia są wybaczane i nikną w korporacji. A za pracę nie bierze się już takiej osobistej uczuciowej odpowiedzialności.
sobota, 14 lipca 2007
Wstań od komputera
Właśnie dzisiaj coś odkryłem. Wydałem 19.90PLN i kupiłem "Debiut Małego Cyklopa". W tym pędzie, nawale rzeczy, które nie pozwalają mi nawet znaleźć chwili czasu na wyćwiczenie nowej formy, znalazłem grę. Nie grałem w gry od dawna. Nawet "Świątynia Pierwotnego Zła", w którą tak chciałem zagrać, przeterminowała się, leży gdzieś w szafie, bo zagranie wymaga zbyt wiele czasu. A tu odkrycie! Chłopaki zrobili gierkę, która powinna zrewolucjonizować podejście do komputerów. Wreszcie można wstać od komputera, przestać się garbić i poczuć ból w mięśniach. Nie od rąk nienaturalnie zgiętych na klawiaturze, ale od łapania wirtualnych os. Bawiliśmy się z Pauliną świetnie, bo gry są w większości dla dwóch osób. Wreszcie można wciągnąć do zabawy dziecko, bo wiek nie ma tu większego znaczenia. A zatem korzyść z gry jest podwójna - ani dziecko, ani ja nie siedzimy przy komputerze, a do tego możemy pobawić się razem. A przecież to jest dla naszych dzieci najważniejsze, a czasem tak trudne do uzyskania.
Zatem nie będę się zbytnio rozwodził, tylko zachęcę jescze raz do wejścia i sciągnięcia "Debiut uMałego Cyklopa", i wspólnej zabawy. A twórcom gry życzę dalszych świetnych pomysłów. Jak historia gier wskazuje, nie muszą to być pomysły rewolucyjne. Przecież wciąż ludzie kupują nowe wyścigi samochodowe. Wciąż wybierają kolejną wersję scenariusza gonienia po jaskiniach i strzelania do stworów. Tylko grafika jest ładniejsza, a stwory bardziej inteligentne.
Zatem nie będę się zbytnio rozwodził, tylko zachęcę jescze raz do wejścia i sciągnięcia "Debiut uMałego Cyklopa", i wspólnej zabawy. A twórcom gry życzę dalszych świetnych pomysłów. Jak historia gier wskazuje, nie muszą to być pomysły rewolucyjne. Przecież wciąż ludzie kupują nowe wyścigi samochodowe. Wciąż wybierają kolejną wersję scenariusza gonienia po jaskiniach i strzelania do stworów. Tylko grafika jest ładniejsza, a stwory bardziej inteligentne.
niedziela, 20 maja 2007
Druga doza nieefektywności
A zatem spełniona obietnica. Wracam do rozważań o nieefektywności i "traceniu" czasu.
W naszym pędzie życiowym coraz rzadziej pozwalamy sobie na myślenie inne niż potrzebne w bieżących zajęciach. Praca, życie codzienne, telewizja, nawał faktów i informacji powoduje, że przestajemy mieć czas na medytację i zastanowienie. Jak pokazują statystyki, w polskim, tradycyjnie katolickim społeczeństwie, coraz mniej ludzi chodzi w niedzielę do kościoła. Jakie mogą być powody tej zmniejszonej aktywności? Wydaje mi się, że to właśnie nasz pęd, moda na efektywność. Nie jesteśmy w stanie nudzić się przez całą godzinę, wykonując rytualne, powtarzalne i monotonne czynności. Nawet nowoczesne krótkie msze, dostosowane dla młodych przestają być atrakcyjne. Czterdzieści minut to też dużo. A kto wytrzyma wielogodzinną ceremonię? Kiedyś była to jedyna rozrywka dla ludzi. Mogli obejrzeć przepych, którego nie widzieli i nie doznawali. Mogli uczestniczyć w mistyczno-wizualnym widowisku. Nie odbierali tego jako straty czasu, ale jako możliwość zobaczenia czegoś innego, atrakcyjnego, niezwykłego. A dodatkowo mogli się zastanowić nad sobą. Dzisiaj nawet do teatru czy rewii nam się nie chce iść, bo wolimy program z internetu jak Joost, w którym możemy sobie program wybrać, zatrzymać, wrócić do niego później. Nadmiar informacji w naszym życiu zapchanym ziarenkami czynności, informacji, wiadomości powoduje, że nie jesteśmy w stanie przyjąć więcej.
Tylko po co to wszystko? Czy nie moglibyśmy pozwolić sobie na zastanowienie, pobycie sam na sam ze swoimi myślami? Przecież życie rodzinne to też bycie razem, przytulanie, chwile milczenia. Taki kawałek dla ducha i własnego wewnętrznego rozwoju. Doza nieefektywności odkryta przez wszystkie ruchy duchowe świata. Bo wciąż jesteśmy takimi samymi ludźmi jak tysiące, setki lat temu. Nie oderwaliśmy się od naszych korzeni i naszej natury tylko przez to, że mieszkamy w wielkich miastach zamiast małych wspólnotach, że mamy ogólnie więcej pieniędzy na zaspokajanie naszych marzeń i oczekiwań.
Ale my jakby nie chcemy pogodzić się z tym, że wciąż jesteśmy ludźmi. Nie akceptujemy tego, że musimy pomyśleć, pomarzyć, zastanowić się nad sobą. Nie akceptujemy tego, że czasem wolno nam się ponudzić, przeczytać coś innego niż najnowsze plotki w prasie codziennej albo na popularnym portalu. Bo to wszystko są nasze nowe zapełniacze czasu. Wolne chwile, które kiedyś mogliśmy wykorzystać na bycie ze sobą, zapychamy takimi bezsensownymi rzeczami. Czytamy krótkie plotki o gwiazdach, wiadomości, które dla naszego życia nie mają najmniejszego znaczenia. Artykuły w gazetach stają się coraz krótsze, bo te nasze szczeliny są coraz mniejsze. Czytamy artykuły na szpaltę, dwie. Jeśli musimy przewrócić stronę, czytając artykuł w gazecie, to przestajemy lubić tą gazetę. Blogi są takim świadectwem - sam piszę krótkie artykuły, bo tych długich nikt by nie przeczytał. Choć i te są pewno za długie, nie da się ich przetrawić szybciutko przy porannej kawie.
Ostatnio rozmawiałem z Tomkiem, który musi czytać lektury do matury. "Potopu" nie strawi. "Nad Niemnem" jest nie do zniesienia. Kto w dzisiejszych czasach przeczyta i zrozumie zdanie, które jest dłuższe niż przeciętny artykuł we współczesnej prasie? Może czeka nas rewolucja w szkołach? Trzeba będzie zmienić rodzaj literatury, aby uczniowie byli ją w stanie przyswoić i czegokolwiek się nauczyć? Bo jak wytłumaczyć takiemu młodemu człowiekowi, że opis przyrody na dwie strony jest piękny i bardziej wartościowy niż nowe hobby Dody?
Przeczytałem właśnie to, co napisałem i oto nasuwa mi się podsumowanie i wniosek z moich niedzielnych dywagacji. Nasza doza nieefektywności wcale nie znikła. Jesteśmy ludźmi i nie możemy się wyzwolić z naszej osobowości. Ona przesunęła się po prostu w inne miejsce. Zamiast medytować, oglądamy głupie filmy, czytamy proste gazety. One wyzwalają nas z obowiązku myślenia przez pewien czas. Wydaje nam się, że jesteśmy bardziej efektywni, bo zapełniamy doskonale nasz czas, a tymczasem zapełniamy nasz czas jeszcze bardziej nieefektywnie niż kiedyś. Bo nowe zapełniacze nie dają nam wiele. Nie dają momentu wytchnienia od pędu i rzeczywistości. Namawiam do pozwolenia sobie na dozę nieefektywności bez poczucia winy.
W naszym pędzie życiowym coraz rzadziej pozwalamy sobie na myślenie inne niż potrzebne w bieżących zajęciach. Praca, życie codzienne, telewizja, nawał faktów i informacji powoduje, że przestajemy mieć czas na medytację i zastanowienie. Jak pokazują statystyki, w polskim, tradycyjnie katolickim społeczeństwie, coraz mniej ludzi chodzi w niedzielę do kościoła. Jakie mogą być powody tej zmniejszonej aktywności? Wydaje mi się, że to właśnie nasz pęd, moda na efektywność. Nie jesteśmy w stanie nudzić się przez całą godzinę, wykonując rytualne, powtarzalne i monotonne czynności. Nawet nowoczesne krótkie msze, dostosowane dla młodych przestają być atrakcyjne. Czterdzieści minut to też dużo. A kto wytrzyma wielogodzinną ceremonię? Kiedyś była to jedyna rozrywka dla ludzi. Mogli obejrzeć przepych, którego nie widzieli i nie doznawali. Mogli uczestniczyć w mistyczno-wizualnym widowisku. Nie odbierali tego jako straty czasu, ale jako możliwość zobaczenia czegoś innego, atrakcyjnego, niezwykłego. A dodatkowo mogli się zastanowić nad sobą. Dzisiaj nawet do teatru czy rewii nam się nie chce iść, bo wolimy program z internetu jak Joost, w którym możemy sobie program wybrać, zatrzymać, wrócić do niego później. Nadmiar informacji w naszym życiu zapchanym ziarenkami czynności, informacji, wiadomości powoduje, że nie jesteśmy w stanie przyjąć więcej.
Tylko po co to wszystko? Czy nie moglibyśmy pozwolić sobie na zastanowienie, pobycie sam na sam ze swoimi myślami? Przecież życie rodzinne to też bycie razem, przytulanie, chwile milczenia. Taki kawałek dla ducha i własnego wewnętrznego rozwoju. Doza nieefektywności odkryta przez wszystkie ruchy duchowe świata. Bo wciąż jesteśmy takimi samymi ludźmi jak tysiące, setki lat temu. Nie oderwaliśmy się od naszych korzeni i naszej natury tylko przez to, że mieszkamy w wielkich miastach zamiast małych wspólnotach, że mamy ogólnie więcej pieniędzy na zaspokajanie naszych marzeń i oczekiwań.
Ale my jakby nie chcemy pogodzić się z tym, że wciąż jesteśmy ludźmi. Nie akceptujemy tego, że musimy pomyśleć, pomarzyć, zastanowić się nad sobą. Nie akceptujemy tego, że czasem wolno nam się ponudzić, przeczytać coś innego niż najnowsze plotki w prasie codziennej albo na popularnym portalu. Bo to wszystko są nasze nowe zapełniacze czasu. Wolne chwile, które kiedyś mogliśmy wykorzystać na bycie ze sobą, zapychamy takimi bezsensownymi rzeczami. Czytamy krótkie plotki o gwiazdach, wiadomości, które dla naszego życia nie mają najmniejszego znaczenia. Artykuły w gazetach stają się coraz krótsze, bo te nasze szczeliny są coraz mniejsze. Czytamy artykuły na szpaltę, dwie. Jeśli musimy przewrócić stronę, czytając artykuł w gazecie, to przestajemy lubić tą gazetę. Blogi są takim świadectwem - sam piszę krótkie artykuły, bo tych długich nikt by nie przeczytał. Choć i te są pewno za długie, nie da się ich przetrawić szybciutko przy porannej kawie.
Ostatnio rozmawiałem z Tomkiem, który musi czytać lektury do matury. "Potopu" nie strawi. "Nad Niemnem" jest nie do zniesienia. Kto w dzisiejszych czasach przeczyta i zrozumie zdanie, które jest dłuższe niż przeciętny artykuł we współczesnej prasie? Może czeka nas rewolucja w szkołach? Trzeba będzie zmienić rodzaj literatury, aby uczniowie byli ją w stanie przyswoić i czegokolwiek się nauczyć? Bo jak wytłumaczyć takiemu młodemu człowiekowi, że opis przyrody na dwie strony jest piękny i bardziej wartościowy niż nowe hobby Dody?
Przeczytałem właśnie to, co napisałem i oto nasuwa mi się podsumowanie i wniosek z moich niedzielnych dywagacji. Nasza doza nieefektywności wcale nie znikła. Jesteśmy ludźmi i nie możemy się wyzwolić z naszej osobowości. Ona przesunęła się po prostu w inne miejsce. Zamiast medytować, oglądamy głupie filmy, czytamy proste gazety. One wyzwalają nas z obowiązku myślenia przez pewien czas. Wydaje nam się, że jesteśmy bardziej efektywni, bo zapełniamy doskonale nasz czas, a tymczasem zapełniamy nasz czas jeszcze bardziej nieefektywnie niż kiedyś. Bo nowe zapełniacze nie dają nam wiele. Nie dają momentu wytchnienia od pędu i rzeczywistości. Namawiam do pozwolenia sobie na dozę nieefektywności bez poczucia winy.
sobota, 12 maja 2007
Doza nieefektywności
Brzemię naszych czasów. Pędzimy przed siebie, próbujemy wszystko zoptymalizować. Sami chcemy pracować jak najefektywniej i zmusić innych do tego samego. Przetwarzamy przy tym coraz większą ilość informacji (o czym pisałem już kiedyś w poście "Może informacji"). Jak to ostatnio powiedział Sylwek, który był motorem mojego postu, wszystko to kwestia organizacji czasu. Według niego można zrobić więcej, utykając rzeczy drobne w szczelinach czasowych rzeczy większych. Jak w przypowieści o słoju z kamieniami, piaskiem i wodą (albo piwem ;-). Dla niewtajemniczonych przypomnę - profesor pokazał swoim studentom słój, który wypełnił kamieniami. Słój był pełny, ale wciąż dało się go wypełnić piaskiem. A tak wypełniony po brzegi słój wciąż można wypełnić jeszcze wodą (czy też piwem w ramach alegorii sposobu spędzania wolnego czasu). W ten sposób możemy zawsze znaleźć czas na realizację jeszcze jakiejś rzeczy, oprócz nadmiaru realizowanych do tej pory.
W taki sposób możemy dorzucać sobie rzeczy do zrealizowania, licząc każdą naszą minutę, zastanawiając się, czy warto spojrzeć w okno, bo może lepiej w tej chwili zapamiętać kolejne słowo w obcym języku. Będziemy liczyć trasy do domu, aby wybrać nie tą najprzyjemniejszą, która pozwoli nam zastanowić się nad jakimś ułamkiem swojego życia, ale tą najbardziej optymalną, choć nudną niezmiernie.
Tak optymalizujemy, organizujemy nasz czas. I w końcu sięgamy własnych ograniczeń - dochodzimy do tego że każdy człowiek musi w pewnym momencie "wrzucić na luz". Pozwolić sobie na pewną dozę nieefektywności, która pomoże w ułożeniu myśli, wrażeń, która pozwoli nam poczuć, że jesteśmy szczęśliwi z tym co mamy.
Taka doza nieefektywności jest chyba bardzo potrzebna, choć w naszym pędzie dwudziestego pierwszego wieku staramy się o niej nie myśleć, oddalić od siebie, zatrzeć w myślach chęć działania nieoptymalnego, którą podpowiada nam nasz instynkt samozachowawczy.
Dawniej ludzie modlili się, medytowali, leżeli krzyżem przed ołtarzem, czy wręcz zamykali się w trumnie na długie dni, aby oderwać się od spraw bieżących. Nie wiem czy mówili wtedy, że chcą oderwać się od pędu życia, które było udziałem ich i ich pobratymców, bo życie wtedy biegło wolniej z naszego punktu widzenia, ale szybko z ich, ale na pewno chcieli się wyciszyć, pozwolić myślom biec wolno i swobodnie. Chcieli pozwolić sobie na tą dozę nieefektywności, która może nie pomaga ciału w zdobyciu kolejnych cielesnych wartości czy środków do życia, ale pomaga duchowi w zdobyciu wartości duchowych. Może nawet przenieść na kolejny etap duchowego wtajemniczenia. Tak właśnie mówili mistrzowie ducha wszelkich religii, wyznań, ruchów duchowych i sztuk walki. Bo tylko chwila ciszy, bycia sam na sam ze swoimi myślami pozwoli na ich usłyszenie. Bo nasze myśli jak ludzie - są głośniejsze i cichsze. Najgłośniejsze są te, które są niezbędne do życia. Myśli pierwotne, zwierzęce. Pomagają one zdobyć pożywienie, ustanowić pozycję w stadzie, ogólnie mówiąc - przeżyć. A myśli, które nas naprawdę rozwijają, są tymi cichymi, które usłyszeć można dopiero, kiedy jesteśmy sami, kiedy pozwolimy sobie na naszą dozę nieefektywności.
(zawieszam wątek, bo wróciła Ania, mam nadzieję pociągnąć ten filozoficzny wywód dalej :-)
W taki sposób możemy dorzucać sobie rzeczy do zrealizowania, licząc każdą naszą minutę, zastanawiając się, czy warto spojrzeć w okno, bo może lepiej w tej chwili zapamiętać kolejne słowo w obcym języku. Będziemy liczyć trasy do domu, aby wybrać nie tą najprzyjemniejszą, która pozwoli nam zastanowić się nad jakimś ułamkiem swojego życia, ale tą najbardziej optymalną, choć nudną niezmiernie.
Tak optymalizujemy, organizujemy nasz czas. I w końcu sięgamy własnych ograniczeń - dochodzimy do tego że każdy człowiek musi w pewnym momencie "wrzucić na luz". Pozwolić sobie na pewną dozę nieefektywności, która pomoże w ułożeniu myśli, wrażeń, która pozwoli nam poczuć, że jesteśmy szczęśliwi z tym co mamy.
Taka doza nieefektywności jest chyba bardzo potrzebna, choć w naszym pędzie dwudziestego pierwszego wieku staramy się o niej nie myśleć, oddalić od siebie, zatrzeć w myślach chęć działania nieoptymalnego, którą podpowiada nam nasz instynkt samozachowawczy.
Dawniej ludzie modlili się, medytowali, leżeli krzyżem przed ołtarzem, czy wręcz zamykali się w trumnie na długie dni, aby oderwać się od spraw bieżących. Nie wiem czy mówili wtedy, że chcą oderwać się od pędu życia, które było udziałem ich i ich pobratymców, bo życie wtedy biegło wolniej z naszego punktu widzenia, ale szybko z ich, ale na pewno chcieli się wyciszyć, pozwolić myślom biec wolno i swobodnie. Chcieli pozwolić sobie na tą dozę nieefektywności, która może nie pomaga ciału w zdobyciu kolejnych cielesnych wartości czy środków do życia, ale pomaga duchowi w zdobyciu wartości duchowych. Może nawet przenieść na kolejny etap duchowego wtajemniczenia. Tak właśnie mówili mistrzowie ducha wszelkich religii, wyznań, ruchów duchowych i sztuk walki. Bo tylko chwila ciszy, bycia sam na sam ze swoimi myślami pozwoli na ich usłyszenie. Bo nasze myśli jak ludzie - są głośniejsze i cichsze. Najgłośniejsze są te, które są niezbędne do życia. Myśli pierwotne, zwierzęce. Pomagają one zdobyć pożywienie, ustanowić pozycję w stadzie, ogólnie mówiąc - przeżyć. A myśli, które nas naprawdę rozwijają, są tymi cichymi, które usłyszeć można dopiero, kiedy jesteśmy sami, kiedy pozwolimy sobie na naszą dozę nieefektywności.
(zawieszam wątek, bo wróciła Ania, mam nadzieję pociągnąć ten filozoficzny wywód dalej :-)
niedziela, 6 maja 2007
Upadek wikipedii
Nie tak dawno przeczytałem o problemach wikipedii. Podsumowując tamten artykuł - wikipedia jest zepsuta, jest psuta przez różnych wandali. Idea wolnej encyklopedii, którą może pisać każdy, zaczęła się chylić ku upadkowi. Co prawda sam często korzystam z wikipedii, kiedy chcę znaleźć jakąś informację, ale jednak nie do końca jej wierzę. W firmie także próbowałem przekonać ludzi, że idea całkowitej wolności myśli jest nie do końca dobra. Z jednej strony zawsze trafią się wandale, którzy będą chcieli zepsuć to, co inni zrobili. W realnym społeczeństwie przecież nie mamy całkowitej wolności. Wolność jest do tego stopnia, dopóki nie szkodzimy innym. I musimy się z tym pogodzić. I godzimy się. Zatem w Internecie także muszą zacząć obowiązywać zasady panujące od setek czy nawet tysięcy lat w społeczeństwie. Bo do Internetu nie przenosi się garstka hippisów-komunistów, tylko powoli migruje tutaj, czy tylko zagląda gościnnie, całe realne społeczeństwo. Zarówno idealiści, pragmatycy, jak i wandale czy pijani. I jeśli będzie można w miarę bezkarnie szkodzić, psuć czy demolować, to zawsze pojawi się chętny, aby to zrobić. Od tego nie uciekniemy. Dzisiejszy Internet to już nie ta enklawa dla geeków, ale zwykłe społeczeństwo. A nawet jeszcze bardziej zwykłe. Bo w społeczeństwie realnym nie mieszają się tak bardzo nacje, kultury, obyczaje, religie. Jeśli chcemy Internet utrzymać w działaniu, to musimy zacząć od wikipedii. Bo to dopiero początek. Początek nowych internetowych zagrożeń, które się pojawią. Część przeniesie się ze świata rzeczywistego, a po nich pojawią się nowe, do tej pory nie poznane. Bo ludzka fantazja i pomysłowość nie zna granic.
Zatem ratujmy Wikipedię a za nią cały Internet! Narzućmy ograniczenia, postawmy policjantów i kustoszy, którzy będą pilnowali porządku. Lepiej wprowadzić to wcześniej, aby nowi goście nie przyzwyczaili się do bezhołowia i różnie pojmowanej wolności. Abyśmy któregoś dnia nie obudzili się w Internecie jak zabawki w Krainie Zabawek, które są tak naiwne, że nie potrafią sobie poradzić z dwoma złośliwymi goblinami i dają się wciąż okradać, nabierać na te same wyłudzenia i potulnie znoszą goblinie harce.
Ale jest jeszcze druga korzyść z takiego ograniczenia wolności. Dzisiaj wydaje się nam, że jeśli każdy może pisać, to każdy chce pisać. Ale wiem, że wielu jest mądrych ludzi, którzy nie chcą pisać publicznie, dla wszystkich. Którzy chcą być pewni, że to co zostanie opublikowane pod ich nazwiskiem, będzie naprawdę dobre. Oni nie chcą rzucać słów na wiatr, ale najpierw napisać, zatwierdzić, być może prosić kogoś o językową korektę, a potem zgodzą się na publikację. Przecież ja też bym nie pisał, gdybym wiedział, że ktoś z moich znajomych to czyta ;-)
A zatem cenzurowanie publikacji może nawet pomóc w tworzeniu lepszych i bardziej wiarygodnych tekstów.
Zatem ratujmy Wikipedię a za nią cały Internet! Narzućmy ograniczenia, postawmy policjantów i kustoszy, którzy będą pilnowali porządku. Lepiej wprowadzić to wcześniej, aby nowi goście nie przyzwyczaili się do bezhołowia i różnie pojmowanej wolności. Abyśmy któregoś dnia nie obudzili się w Internecie jak zabawki w Krainie Zabawek, które są tak naiwne, że nie potrafią sobie poradzić z dwoma złośliwymi goblinami i dają się wciąż okradać, nabierać na te same wyłudzenia i potulnie znoszą goblinie harce.
Ale jest jeszcze druga korzyść z takiego ograniczenia wolności. Dzisiaj wydaje się nam, że jeśli każdy może pisać, to każdy chce pisać. Ale wiem, że wielu jest mądrych ludzi, którzy nie chcą pisać publicznie, dla wszystkich. Którzy chcą być pewni, że to co zostanie opublikowane pod ich nazwiskiem, będzie naprawdę dobre. Oni nie chcą rzucać słów na wiatr, ale najpierw napisać, zatwierdzić, być może prosić kogoś o językową korektę, a potem zgodzą się na publikację. Przecież ja też bym nie pisał, gdybym wiedział, że ktoś z moich znajomych to czyta ;-)
A zatem cenzurowanie publikacji może nawet pomóc w tworzeniu lepszych i bardziej wiarygodnych tekstów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)