Brzemię naszych czasów. Pędzimy przed siebie, próbujemy wszystko zoptymalizować. Sami chcemy pracować jak najefektywniej i zmusić innych do tego samego. Przetwarzamy przy tym coraz większą ilość informacji (o czym pisałem już kiedyś w poście "Może informacji"). Jak to ostatnio powiedział Sylwek, który był motorem mojego postu, wszystko to kwestia organizacji czasu. Według niego można zrobić więcej, utykając rzeczy drobne w szczelinach czasowych rzeczy większych. Jak w przypowieści o słoju z kamieniami, piaskiem i wodą (albo piwem ;-). Dla niewtajemniczonych przypomnę - profesor pokazał swoim studentom słój, który wypełnił kamieniami. Słój był pełny, ale wciąż dało się go wypełnić piaskiem. A tak wypełniony po brzegi słój wciąż można wypełnić jeszcze wodą (czy też piwem w ramach alegorii sposobu spędzania wolnego czasu). W ten sposób możemy zawsze znaleźć czas na realizację jeszcze jakiejś rzeczy, oprócz nadmiaru realizowanych do tej pory.
W taki sposób możemy dorzucać sobie rzeczy do zrealizowania, licząc każdą naszą minutę, zastanawiając się, czy warto spojrzeć w okno, bo może lepiej w tej chwili zapamiętać kolejne słowo w obcym języku. Będziemy liczyć trasy do domu, aby wybrać nie tą najprzyjemniejszą, która pozwoli nam zastanowić się nad jakimś ułamkiem swojego życia, ale tą najbardziej optymalną, choć nudną niezmiernie.
Tak optymalizujemy, organizujemy nasz czas. I w końcu sięgamy własnych ograniczeń - dochodzimy do tego że każdy człowiek musi w pewnym momencie "wrzucić na luz". Pozwolić sobie na pewną dozę nieefektywności, która pomoże w ułożeniu myśli, wrażeń, która pozwoli nam poczuć, że jesteśmy szczęśliwi z tym co mamy.
Taka doza nieefektywności jest chyba bardzo potrzebna, choć w naszym pędzie dwudziestego pierwszego wieku staramy się o niej nie myśleć, oddalić od siebie, zatrzeć w myślach chęć działania nieoptymalnego, którą podpowiada nam nasz instynkt samozachowawczy.
Dawniej ludzie modlili się, medytowali, leżeli krzyżem przed ołtarzem, czy wręcz zamykali się w trumnie na długie dni, aby oderwać się od spraw bieżących. Nie wiem czy mówili wtedy, że chcą oderwać się od pędu życia, które było udziałem ich i ich pobratymców, bo życie wtedy biegło wolniej z naszego punktu widzenia, ale szybko z ich, ale na pewno chcieli się wyciszyć, pozwolić myślom biec wolno i swobodnie. Chcieli pozwolić sobie na tą dozę nieefektywności, która może nie pomaga ciału w zdobyciu kolejnych cielesnych wartości czy środków do życia, ale pomaga duchowi w zdobyciu wartości duchowych. Może nawet przenieść na kolejny etap duchowego wtajemniczenia. Tak właśnie mówili mistrzowie ducha wszelkich religii, wyznań, ruchów duchowych i sztuk walki. Bo tylko chwila ciszy, bycia sam na sam ze swoimi myślami pozwoli na ich usłyszenie. Bo nasze myśli jak ludzie - są głośniejsze i cichsze. Najgłośniejsze są te, które są niezbędne do życia. Myśli pierwotne, zwierzęce. Pomagają one zdobyć pożywienie, ustanowić pozycję w stadzie, ogólnie mówiąc - przeżyć. A myśli, które nas naprawdę rozwijają, są tymi cichymi, które usłyszeć można dopiero, kiedy jesteśmy sami, kiedy pozwolimy sobie na naszą dozę nieefektywności.
(zawieszam wątek, bo wróciła Ania, mam nadzieję pociągnąć ten filozoficzny wywód dalej :-)
sobota, 12 maja 2007
niedziela, 6 maja 2007
Upadek wikipedii
Nie tak dawno przeczytałem o problemach wikipedii. Podsumowując tamten artykuł - wikipedia jest zepsuta, jest psuta przez różnych wandali. Idea wolnej encyklopedii, którą może pisać każdy, zaczęła się chylić ku upadkowi. Co prawda sam często korzystam z wikipedii, kiedy chcę znaleźć jakąś informację, ale jednak nie do końca jej wierzę. W firmie także próbowałem przekonać ludzi, że idea całkowitej wolności myśli jest nie do końca dobra. Z jednej strony zawsze trafią się wandale, którzy będą chcieli zepsuć to, co inni zrobili. W realnym społeczeństwie przecież nie mamy całkowitej wolności. Wolność jest do tego stopnia, dopóki nie szkodzimy innym. I musimy się z tym pogodzić. I godzimy się. Zatem w Internecie także muszą zacząć obowiązywać zasady panujące od setek czy nawet tysięcy lat w społeczeństwie. Bo do Internetu nie przenosi się garstka hippisów-komunistów, tylko powoli migruje tutaj, czy tylko zagląda gościnnie, całe realne społeczeństwo. Zarówno idealiści, pragmatycy, jak i wandale czy pijani. I jeśli będzie można w miarę bezkarnie szkodzić, psuć czy demolować, to zawsze pojawi się chętny, aby to zrobić. Od tego nie uciekniemy. Dzisiejszy Internet to już nie ta enklawa dla geeków, ale zwykłe społeczeństwo. A nawet jeszcze bardziej zwykłe. Bo w społeczeństwie realnym nie mieszają się tak bardzo nacje, kultury, obyczaje, religie. Jeśli chcemy Internet utrzymać w działaniu, to musimy zacząć od wikipedii. Bo to dopiero początek. Początek nowych internetowych zagrożeń, które się pojawią. Część przeniesie się ze świata rzeczywistego, a po nich pojawią się nowe, do tej pory nie poznane. Bo ludzka fantazja i pomysłowość nie zna granic.
Zatem ratujmy Wikipedię a za nią cały Internet! Narzućmy ograniczenia, postawmy policjantów i kustoszy, którzy będą pilnowali porządku. Lepiej wprowadzić to wcześniej, aby nowi goście nie przyzwyczaili się do bezhołowia i różnie pojmowanej wolności. Abyśmy któregoś dnia nie obudzili się w Internecie jak zabawki w Krainie Zabawek, które są tak naiwne, że nie potrafią sobie poradzić z dwoma złośliwymi goblinami i dają się wciąż okradać, nabierać na te same wyłudzenia i potulnie znoszą goblinie harce.
Ale jest jeszcze druga korzyść z takiego ograniczenia wolności. Dzisiaj wydaje się nam, że jeśli każdy może pisać, to każdy chce pisać. Ale wiem, że wielu jest mądrych ludzi, którzy nie chcą pisać publicznie, dla wszystkich. Którzy chcą być pewni, że to co zostanie opublikowane pod ich nazwiskiem, będzie naprawdę dobre. Oni nie chcą rzucać słów na wiatr, ale najpierw napisać, zatwierdzić, być może prosić kogoś o językową korektę, a potem zgodzą się na publikację. Przecież ja też bym nie pisał, gdybym wiedział, że ktoś z moich znajomych to czyta ;-)
A zatem cenzurowanie publikacji może nawet pomóc w tworzeniu lepszych i bardziej wiarygodnych tekstów.
Zatem ratujmy Wikipedię a za nią cały Internet! Narzućmy ograniczenia, postawmy policjantów i kustoszy, którzy będą pilnowali porządku. Lepiej wprowadzić to wcześniej, aby nowi goście nie przyzwyczaili się do bezhołowia i różnie pojmowanej wolności. Abyśmy któregoś dnia nie obudzili się w Internecie jak zabawki w Krainie Zabawek, które są tak naiwne, że nie potrafią sobie poradzić z dwoma złośliwymi goblinami i dają się wciąż okradać, nabierać na te same wyłudzenia i potulnie znoszą goblinie harce.
Ale jest jeszcze druga korzyść z takiego ograniczenia wolności. Dzisiaj wydaje się nam, że jeśli każdy może pisać, to każdy chce pisać. Ale wiem, że wielu jest mądrych ludzi, którzy nie chcą pisać publicznie, dla wszystkich. Którzy chcą być pewni, że to co zostanie opublikowane pod ich nazwiskiem, będzie naprawdę dobre. Oni nie chcą rzucać słów na wiatr, ale najpierw napisać, zatwierdzić, być może prosić kogoś o językową korektę, a potem zgodzą się na publikację. Przecież ja też bym nie pisał, gdybym wiedział, że ktoś z moich znajomych to czyta ;-)
A zatem cenzurowanie publikacji może nawet pomóc w tworzeniu lepszych i bardziej wiarygodnych tekstów.
czwartek, 26 kwietnia 2007
i-mania
Internet jest chyba jeszcze wciąż nowym medium. Wciąż za nowym, aby większość ludzi była w stanie go objąć. Ostatnio przeczytałem, że ludzie, którzy wydadzą20-25 złotych na papierową książkę, wydają dwa-trzy razy tyle na e-booka, którego czyta się trudniej, zawiera zwykle mniej treści i wygodny jest tylko w specyficznych sytuacjach. Coś powoduje, że nie porównują produktów realnych i wirtualnych, nie potrafią ich ze sobą zestawić. A przecież w rzeczywistości są one równoważne, posiadają zwykle tą samą funkcjonalność, albo spełniają takie same funkcje. Chyba wciąż jeszcze zachłystujemy się efektem nowości - dopada nas i-mania. To prawda że sam chciałbym mieć e-booki, ale jako dodatek do papierowej książki. Jeszcze dodatkowo chciałbym posiadać wersję tekstową, którą mogę sobie przeczytać do pliku audio. Albo już gotowy plik mp3. Takie wielofunkcyjne rozwiązanie jest dla mnie wygodne. Kiedy mam czas, jestem w domu, to czytam sobie papierową książkę. W podróż, na czas, kiedy usypiam dzieci najlepszy jest e-book, bo poręczny, nie zajmuje miejsca, świeci w ciemnościach i mogę sobie łatwo dodawać wiele zakładek w czasie czytania. A na spacery z psem przygotowuję wersję audio.
Teraz właśnie wykorzystuję czas spacerów na słuchanie książek, których nie mam czasu czytać. Bardzo pomaga mi w tym rewelacyjne Expressivo. Jeden z bardziej udanych elektronicznych zakupów. Nagrywam sobie książki i nagle okazuje się, że zaczyna mi brakować czasu nawet na ich wysłuchanie, a nie tylko przeczytanie. Bo jak tu podzielić całkiem krótki czas spacerów na naukę języków i słuchanie książek.
Sam niedawno kupiłem e-booka, ale tylko dlatego, że jego cena w porównaniu do zawartości była według mnie realna, nieco niższa od ceny papierowej książki, a nie mogłem kupić wersji papierowej. Bo ta będzie w Polsce wydana pewno za kilka lat. Przesyłka z USA byłaby zbyt kosztowna.
Miało być o i-maniach, więc znowu będzie o i-maniach. Niedawno znalazłem soft robiący z mojej Nokii E-50 kamerkę internetową. Bardzo fajny, bez kabli, łączy się z komputerem przez Bluetooth. Sądząc po opiniach w my-symbian.com ludzie to kupują, bo ciekawy gadżet. Ale cena $20 + VAT to przecież więcej niż kosztuje przeciętna kamerka internetowa. A funkcjonalność kamerki zrobionej z telefonu jest mniejsza. Telefon musi być odpowiednio ustawiony, odwrócony tyłem, nie można korzystać z kamery jednocześnie patrząc na wyświetlacz telefonu. Ogólnie wygoda rozwiązania jest niższa. Myślę, że mógłbym dać za takie oprogramowanie $5, ale nie $20. Moja cena wynika z prostego zestawienia różnych rodzajów kamerek internetowych, kiedy na chwilę zapomnę o tym że jedna jest sprzętem połączonym za pomocą kabla, a drugą instaluje się w telefonie. Bo prostą kamerkę można w hipermarkecie kupić już za 15PLN.
Kolejnym gadżetem, którego wciąż nie mam, a który ludzie kupują, bo jest fajnym, ciekawym kawałkiem oprogramowania, jest budzik do komórki. Prawda, że przeciętny budzik software'owy ma alarmy ustawiane na wiele sposobów, profile weekendowe i robocze, dostosowywane dźwięki dzwonka, etc. Tylko czy warto zapłacić za taki budzik $15 + VAT? To przecież sporo więcej niż elegancki i funkcjonalny klasyczny budzik elektroniczny, który można postawić koło łóżka, który jest czytelny i ma duży przycisk Snooze. Ale i-mania zaćmiewa nasz rozsądek, który pozwala porównywać ze sobą fizyczne przedmioty. I okazuje się że nie jesteśmy w stanie porównać rzeczy i programu, które spełniają taką samą funkcję.
Bardzo jestem ciekaw, czy jest to etap przejściowy, czy jest to efekt nowości, czy ludzie zaczną znowu płacić za funkcje, kóre chcą kupić.
Teraz właśnie wykorzystuję czas spacerów na słuchanie książek, których nie mam czasu czytać. Bardzo pomaga mi w tym rewelacyjne Expressivo. Jeden z bardziej udanych elektronicznych zakupów. Nagrywam sobie książki i nagle okazuje się, że zaczyna mi brakować czasu nawet na ich wysłuchanie, a nie tylko przeczytanie. Bo jak tu podzielić całkiem krótki czas spacerów na naukę języków i słuchanie książek.
Sam niedawno kupiłem e-booka, ale tylko dlatego, że jego cena w porównaniu do zawartości była według mnie realna, nieco niższa od ceny papierowej książki, a nie mogłem kupić wersji papierowej. Bo ta będzie w Polsce wydana pewno za kilka lat. Przesyłka z USA byłaby zbyt kosztowna.
Miało być o i-maniach, więc znowu będzie o i-maniach. Niedawno znalazłem soft robiący z mojej Nokii E-50 kamerkę internetową. Bardzo fajny, bez kabli, łączy się z komputerem przez Bluetooth. Sądząc po opiniach w my-symbian.com ludzie to kupują, bo ciekawy gadżet. Ale cena $20 + VAT to przecież więcej niż kosztuje przeciętna kamerka internetowa. A funkcjonalność kamerki zrobionej z telefonu jest mniejsza. Telefon musi być odpowiednio ustawiony, odwrócony tyłem, nie można korzystać z kamery jednocześnie patrząc na wyświetlacz telefonu. Ogólnie wygoda rozwiązania jest niższa. Myślę, że mógłbym dać za takie oprogramowanie $5, ale nie $20. Moja cena wynika z prostego zestawienia różnych rodzajów kamerek internetowych, kiedy na chwilę zapomnę o tym że jedna jest sprzętem połączonym za pomocą kabla, a drugą instaluje się w telefonie. Bo prostą kamerkę można w hipermarkecie kupić już za 15PLN.
Kolejnym gadżetem, którego wciąż nie mam, a który ludzie kupują, bo jest fajnym, ciekawym kawałkiem oprogramowania, jest budzik do komórki. Prawda, że przeciętny budzik software'owy ma alarmy ustawiane na wiele sposobów, profile weekendowe i robocze, dostosowywane dźwięki dzwonka, etc. Tylko czy warto zapłacić za taki budzik $15 + VAT? To przecież sporo więcej niż elegancki i funkcjonalny klasyczny budzik elektroniczny, który można postawić koło łóżka, który jest czytelny i ma duży przycisk Snooze. Ale i-mania zaćmiewa nasz rozsądek, który pozwala porównywać ze sobą fizyczne przedmioty. I okazuje się że nie jesteśmy w stanie porównać rzeczy i programu, które spełniają taką samą funkcję.
Bardzo jestem ciekaw, czy jest to etap przejściowy, czy jest to efekt nowości, czy ludzie zaczną znowu płacić za funkcje, kóre chcą kupić.
czwartek, 12 kwietnia 2007
Biuro na godziny
Pamiętam - myślałem sobie kilka lat temu, że oprogramowanie jest za drogie dla przeciętnego użytkownika. Co innego firma, która wykorzystuje oprogramowanie często, intensywnie, no i komercyjnie. Czerpie zwykle spore korzyści z wykorzystania tegoż. Przeciętny użytkownik, czy taka mała firma jak aak.pl nie ma szans na zwrot inwestycji nieproporcjonalnej często do korzyści możliwych do osiągnięcia z kupionego softu.
Zatem ludzie wybierają jedną z dwóch dróg:
Pierwsza: Kupujemy uczciwie oprogramowanie, które jest nam naprawdę potrzebne, często decydując się na starsze, tańsze wersje, a resztę zapełniając programami Open Source. Czasem trudno, bo szukać trzeba mozolnie, starsze wersje nie są tak funkcjonalne jak nowości, tracimy czas na testowanie słabszych programów. Ostatecznie kończy się na tym, że ja, jako końcowy użytkownik, wkładam w to wiele wysiłku, energii i czasu. Korzyści dla mnie są tak samo niewielkie jak wydatki, natomiast firmy piszące oprogramowanie także na tym nie zarabiają. A społeczność OpenSource powiększa się, skupiając grono obrońców darmowego oprogramowania. Cieszących się satysfakcją z tego, że ktoś korzysta z efektów ich pracy. A chyba głównym problemem jest to, że komercyjne oprogramowanie często jest zbyt drogie - firmy nie zarabiają na ilości sprzedanych licencji, starając się zmaksymalizować jednostkowy zysk.
Druga: Wybieramy najnowsze wersje popularnych, dobrych, funkcjonalnych programów, szukamy do nich cracków i cieszymy się cudzą pracą, ale z dziwnym poczuciem jazdy nie swoim samochodem bez wiedzy właściciela. Korzyści? Dla nas są, bo robimy wszystko sprawnie, szybko, z pomocą najnowszych wizardów w aplikacjach, stworzonych trudem programistów i analityków. Niestety - twórcy z tego korzyści nie czerpią. Nawet najmniejszej.
Ja jakoś nie mam przekonania do opcji drugiej. A ponieważ w polskiej rzeczywistości wciąż jeszcze dziwnie patrzą na człowieka, który kupuje oprogramowanie, więc cierpliwie tłumaczę, dlaczego kupiłem Corela 12, zamiast wziąść sobie X3. A wolałbym skorzystać z najnowszej wersji te kilka czy kilkanaście razy w roku i zapłacić za każde użycie.
A zatem wracamy do źródeł tego artykułu. kiedyś myślałem jak zrobić, aby każdy miał korzyść. Aby przeciętny człowiek mógł skorzystać z najświeższej myśli projektantów oprogramowania, żeby nie stracił przy tym fortuny w naszym kraju, gdzie wydatek 2000PLN na oprogramowanie, to coś nie do przeskoczenia dla przeciętnego Kowalskiego, a żeby firmy, które stworzyły oprogramowanie, miały finansowanie na pensje swoich pracowników. Wtedy wymyśliłem, że chętnie kupowałbym oprogramowanie na godziny. Np. 5h pracy w Corelu, 15 minut na napisanie dokumentu w Word Perfect'cie (niektórzy jeszcze pamiętają ten kultowy edytor...). I płacę symbolicznie, na miarę moich potrzeb i możliwości. A ziarnko do ziarnka, na pensje się zbiera. Wtedy moja idea padła m.in. z braku sposobności kontroli i rozliczenia takiego użytkowania. Każdy miał swoje programy na dyskietkach, o Data CD myśleli chyba ledwie w laboratoriach, a Internet to było coś, z czego korzystało się w uczelnianym laboratorium na stacji roboczej SUN z wielkim, 17" monitorem.
A teraz nagle pojawia się Google Docs & Spreadsheets, gdzie podstawowe funkcje edytora tekstu i arkusza kalkulacyjnego można otrzymać za darmo i z każdego miejsca na świecie. Z drugiej strony Microsoft powoli przymierza się do oferowania swoich produktów na godziny, za drobną opłatą. W kawiarenkach internetowych można skorzystać z oprogramowania. Mam nadzieję, że jednak wszystko zmierza ku temu, aby dało się jednak sprzedawać sumarycznie więcej dobrych programów dzięki obniżeniu inwestycji klienta w produkt. To jak jazda do ślubu wypasioną limuzyną, albo pożyczenie samochodu terenowego. Nie stać mnie na to aby kupić sobie cały luksus, ale na kawałek luksusu wydam nawet więcej, niż wynikałoby to z prostego arytmetycznego podziału.
A swoją drogą ta oferta pożyczania Jeepa, którą widziałem gdzieś przy drodze, to świetny pomysł. Wystarczyłoby to rozreklamować i chłopaki pożyczaliby auto na miły wieczór z dziewczyną ;-) A jak rośnie szansa, że wieczór zakończy się naprawdę miło...?
Zatem ludzie wybierają jedną z dwóch dróg:
Pierwsza: Kupujemy uczciwie oprogramowanie, które jest nam naprawdę potrzebne, często decydując się na starsze, tańsze wersje, a resztę zapełniając programami Open Source. Czasem trudno, bo szukać trzeba mozolnie, starsze wersje nie są tak funkcjonalne jak nowości, tracimy czas na testowanie słabszych programów. Ostatecznie kończy się na tym, że ja, jako końcowy użytkownik, wkładam w to wiele wysiłku, energii i czasu. Korzyści dla mnie są tak samo niewielkie jak wydatki, natomiast firmy piszące oprogramowanie także na tym nie zarabiają. A społeczność OpenSource powiększa się, skupiając grono obrońców darmowego oprogramowania. Cieszących się satysfakcją z tego, że ktoś korzysta z efektów ich pracy. A chyba głównym problemem jest to, że komercyjne oprogramowanie często jest zbyt drogie - firmy nie zarabiają na ilości sprzedanych licencji, starając się zmaksymalizować jednostkowy zysk.
Druga: Wybieramy najnowsze wersje popularnych, dobrych, funkcjonalnych programów, szukamy do nich cracków i cieszymy się cudzą pracą, ale z dziwnym poczuciem jazdy nie swoim samochodem bez wiedzy właściciela. Korzyści? Dla nas są, bo robimy wszystko sprawnie, szybko, z pomocą najnowszych wizardów w aplikacjach, stworzonych trudem programistów i analityków. Niestety - twórcy z tego korzyści nie czerpią. Nawet najmniejszej.
Ja jakoś nie mam przekonania do opcji drugiej. A ponieważ w polskiej rzeczywistości wciąż jeszcze dziwnie patrzą na człowieka, który kupuje oprogramowanie, więc cierpliwie tłumaczę, dlaczego kupiłem Corela 12, zamiast wziąść sobie X3. A wolałbym skorzystać z najnowszej wersji te kilka czy kilkanaście razy w roku i zapłacić za każde użycie.
A zatem wracamy do źródeł tego artykułu. kiedyś myślałem jak zrobić, aby każdy miał korzyść. Aby przeciętny człowiek mógł skorzystać z najświeższej myśli projektantów oprogramowania, żeby nie stracił przy tym fortuny w naszym kraju, gdzie wydatek 2000PLN na oprogramowanie, to coś nie do przeskoczenia dla przeciętnego Kowalskiego, a żeby firmy, które stworzyły oprogramowanie, miały finansowanie na pensje swoich pracowników. Wtedy wymyśliłem, że chętnie kupowałbym oprogramowanie na godziny. Np. 5h pracy w Corelu, 15 minut na napisanie dokumentu w Word Perfect'cie (niektórzy jeszcze pamiętają ten kultowy edytor...). I płacę symbolicznie, na miarę moich potrzeb i możliwości. A ziarnko do ziarnka, na pensje się zbiera. Wtedy moja idea padła m.in. z braku sposobności kontroli i rozliczenia takiego użytkowania. Każdy miał swoje programy na dyskietkach, o Data CD myśleli chyba ledwie w laboratoriach, a Internet to było coś, z czego korzystało się w uczelnianym laboratorium na stacji roboczej SUN z wielkim, 17" monitorem.
A teraz nagle pojawia się Google Docs & Spreadsheets, gdzie podstawowe funkcje edytora tekstu i arkusza kalkulacyjnego można otrzymać za darmo i z każdego miejsca na świecie. Z drugiej strony Microsoft powoli przymierza się do oferowania swoich produktów na godziny, za drobną opłatą. W kawiarenkach internetowych można skorzystać z oprogramowania. Mam nadzieję, że jednak wszystko zmierza ku temu, aby dało się jednak sprzedawać sumarycznie więcej dobrych programów dzięki obniżeniu inwestycji klienta w produkt. To jak jazda do ślubu wypasioną limuzyną, albo pożyczenie samochodu terenowego. Nie stać mnie na to aby kupić sobie cały luksus, ale na kawałek luksusu wydam nawet więcej, niż wynikałoby to z prostego arytmetycznego podziału.
A swoją drogą ta oferta pożyczania Jeepa, którą widziałem gdzieś przy drodze, to świetny pomysł. Wystarczyłoby to rozreklamować i chłopaki pożyczaliby auto na miły wieczór z dziewczyną ;-) A jak rośnie szansa, że wieczór zakończy się naprawdę miło...?
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
Rozwój a zmiana
Zacząłem pisać ten post już kilka dni temu, ale nie udało mi się go opublikować z komórki. Zatem przepisuję teraz, a przy okazji rozwinę. Poniekąd także sam mój proces publikowania wiąże się z rozwojem i zmianą. Technologia się rozwija, a ja zmieniłem komórkę. Nowa potrafi wiele więcej, ale jeszcze nie wszystko. Co prawda w dużej mierze zaczyna zastępować mojego ponadtrzyletniego Palma, ale jeszcze jej nieco brakuje - raczej w kwestii oprogramowania. Zatem ma szansę się rozwinąć, zanim nadejdzie zmiana ;-)
01.04.2007
Rozwija się człowiek, a świat się co najwyżej zmienia. To widać w historii świata i poszczególnych ludzi. Rozwijamy się przez naukę, doświadczenia, kolejne etapy życia. A świat się tylko zmienia, dzięki czemu lepiej nam się żyje. Ale czy jesteśmy bardziej rozwinięci przez zmiany na świecie? Czy już na starcie naszego życia jesteśmy w jakiś sposób lepsi od naszych przodków, którzy zamiast komputera mieli krzemień w dłoni? I tak musimy się nauczyć jak żyć we współczesnym społeczeństwie, rozwinąć się na tyle, żeby dostosować się do zmienionego świata.
09.04.2007
Życie stało się inne, bo świat jest inny. Mamy teraz inne wyzwania, innych wrogów i zagrożenia. Uczymy się obsługi Nintendo jak nasi przodkowie uczyli się obsługi łuku. My w większości nie umiemy obsługiwać łuku, a oni... No cóż - na pewno nie umieli obsługiwać Nintendo. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że uczymy się. Każdy uczy się od nowa i od początku. Urodzeni nawet w najlepszej rodzinie mamy tylko dobre podstawy i ułatwiony start. Możemy się uczyć łatwiej lub z większym trudem. Ale i tak do wszystkiego musimy dojść sami. "Ja sam, ja sama". Chwała Zosi-Samosi - doszła bardzo wcześnie do tego, że aby się nauczyć, musi doświadczyć. Myślę, że jej dalsza historia potoczyła się bardzo pozytywnie. Z taką chęcią rozwoju, którą miała mała Zosia, można zajść daleko. Dlatego zawsze cieszę się, jeśli Paulina i Nadia starają się pokonać własne dziecięce ograniczenia samodzielnie. "To my decydujemy jakie zabawki weźmiemy!" rzuciła wczoraj Paulina mimochodem, gdy usłyszała jak Ania wybiera zabawki do spakowania na wyjazd. Tu każdy dzień to rozwój. Obserwacja tego rozwoju jest fascynująca. Kiedyś były małymi komórkami, kiedyś baliśmy się czy będą mówić, chodzić, czy poradzą sobie w życiu. Teraz widzimy ludzi, którzy są co raz bardziej niezależni od nas. Dwie małe kobietki, które mają swoje zdanie, idą swoją ścieżką rozwoju, a jedyne co możemy zrobić, to pomagać im, aby ten rozwój szedł w dobrym kierunku. Popychać delikatnie do pewnych akcji, zniechęcać do innych. Dawać możliwości na miarę obecnego świata. To jedyne, co możemy dać innym ludziom, którzy są na wcześniejszym etapie samorozwoju.
Dzieci to jeden przykład rozwoju w zmieniającym się świecie. A przecież coraz bardziej i coraz częściej jestem "rodzicem", opiekunem dla kolejnych ludzi. Mentor - to osoba, która może pomóc kolejnym ludziom w rozwoju i adaptacji do świata. Bo ludzie się nie zmieniają, tylko przechodzą na kolejny etap rozwoju. Jak było zawsze wśród wszystkich kultur. Mistrz i uczeń - naturalny układ. Buddyjscy mnisi, kowal z Jurkowa z czeladnikiem, starszy makler i praktykant, sensei. Wszyscy pomagają innym rozwijać się. Bo tak jest łatwiej i szybciej. Warto skorzystać z doświadczeń tych, którzy podobną drogę przeszli. Mentor, mistrz, duchowy przywódca... Co ciekawe, tych dróg jest i było wiele, bardzo wiele w historii świata. Niektóre były słuszne w pewnym momencie historii świata, inne cą wiecznie aktualne. Te zawsze aktualne drogi prowadzą ścieżką miłości i pomocy innym. Niekoniecznie trzeba przekonywać że robimy to dla dobra tychże innych. W rzeczywistości robimy to dla siebie, bo dobro wraca, bo każdy w jakiejś dziedzinie jest na wyższym stopniu rozwoju niż osoba, której pomaga. I tak trwa wzajemna wymiana. Wymiana doświadczeń, wiedzy, myśli, pieniędzy. A przy okazji, jakby mimochodem świat się zmienia. A właściwie my go zmieniamy, aby nam i naszym następcom żyło się łatwiej. Żebyśmy wszyscy nie musieli sięgać po twardy krzemień i sprężysty łuk. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ten krzemień lepiej przełamie, kto celniej trafi z łuku. A jeśli ja strzelam nie najlepiej, to na pewno coś innego umiem zrobić dobrze i tym samym dokonać wymiany potencjału rozwoju.
01.04.2007
Rozwija się człowiek, a świat się co najwyżej zmienia. To widać w historii świata i poszczególnych ludzi. Rozwijamy się przez naukę, doświadczenia, kolejne etapy życia. A świat się tylko zmienia, dzięki czemu lepiej nam się żyje. Ale czy jesteśmy bardziej rozwinięci przez zmiany na świecie? Czy już na starcie naszego życia jesteśmy w jakiś sposób lepsi od naszych przodków, którzy zamiast komputera mieli krzemień w dłoni? I tak musimy się nauczyć jak żyć we współczesnym społeczeństwie, rozwinąć się na tyle, żeby dostosować się do zmienionego świata.
09.04.2007
Życie stało się inne, bo świat jest inny. Mamy teraz inne wyzwania, innych wrogów i zagrożenia. Uczymy się obsługi Nintendo jak nasi przodkowie uczyli się obsługi łuku. My w większości nie umiemy obsługiwać łuku, a oni... No cóż - na pewno nie umieli obsługiwać Nintendo. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że uczymy się. Każdy uczy się od nowa i od początku. Urodzeni nawet w najlepszej rodzinie mamy tylko dobre podstawy i ułatwiony start. Możemy się uczyć łatwiej lub z większym trudem. Ale i tak do wszystkiego musimy dojść sami. "Ja sam, ja sama". Chwała Zosi-Samosi - doszła bardzo wcześnie do tego, że aby się nauczyć, musi doświadczyć. Myślę, że jej dalsza historia potoczyła się bardzo pozytywnie. Z taką chęcią rozwoju, którą miała mała Zosia, można zajść daleko. Dlatego zawsze cieszę się, jeśli Paulina i Nadia starają się pokonać własne dziecięce ograniczenia samodzielnie. "To my decydujemy jakie zabawki weźmiemy!" rzuciła wczoraj Paulina mimochodem, gdy usłyszała jak Ania wybiera zabawki do spakowania na wyjazd. Tu każdy dzień to rozwój. Obserwacja tego rozwoju jest fascynująca. Kiedyś były małymi komórkami, kiedyś baliśmy się czy będą mówić, chodzić, czy poradzą sobie w życiu. Teraz widzimy ludzi, którzy są co raz bardziej niezależni od nas. Dwie małe kobietki, które mają swoje zdanie, idą swoją ścieżką rozwoju, a jedyne co możemy zrobić, to pomagać im, aby ten rozwój szedł w dobrym kierunku. Popychać delikatnie do pewnych akcji, zniechęcać do innych. Dawać możliwości na miarę obecnego świata. To jedyne, co możemy dać innym ludziom, którzy są na wcześniejszym etapie samorozwoju.
Dzieci to jeden przykład rozwoju w zmieniającym się świecie. A przecież coraz bardziej i coraz częściej jestem "rodzicem", opiekunem dla kolejnych ludzi. Mentor - to osoba, która może pomóc kolejnym ludziom w rozwoju i adaptacji do świata. Bo ludzie się nie zmieniają, tylko przechodzą na kolejny etap rozwoju. Jak było zawsze wśród wszystkich kultur. Mistrz i uczeń - naturalny układ. Buddyjscy mnisi, kowal z Jurkowa z czeladnikiem, starszy makler i praktykant, sensei. Wszyscy pomagają innym rozwijać się. Bo tak jest łatwiej i szybciej. Warto skorzystać z doświadczeń tych, którzy podobną drogę przeszli. Mentor, mistrz, duchowy przywódca... Co ciekawe, tych dróg jest i było wiele, bardzo wiele w historii świata. Niektóre były słuszne w pewnym momencie historii świata, inne cą wiecznie aktualne. Te zawsze aktualne drogi prowadzą ścieżką miłości i pomocy innym. Niekoniecznie trzeba przekonywać że robimy to dla dobra tychże innych. W rzeczywistości robimy to dla siebie, bo dobro wraca, bo każdy w jakiejś dziedzinie jest na wyższym stopniu rozwoju niż osoba, której pomaga. I tak trwa wzajemna wymiana. Wymiana doświadczeń, wiedzy, myśli, pieniędzy. A przy okazji, jakby mimochodem świat się zmienia. A właściwie my go zmieniamy, aby nam i naszym następcom żyło się łatwiej. Żebyśmy wszyscy nie musieli sięgać po twardy krzemień i sprężysty łuk. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ten krzemień lepiej przełamie, kto celniej trafi z łuku. A jeśli ja strzelam nie najlepiej, to na pewno coś innego umiem zrobić dobrze i tym samym dokonać wymiany potencjału rozwoju.
niedziela, 18 marca 2007
Blogowanie na czas - czas na blogowanie
Lubie pisac ten blog. Jest to w zasadzie list do samego siebie z przyszlosci. Wlasnie przejrzalem tematy, ktore chcialbym poruszyc, ktore mam zanotowane na Palmie, a ktorych nie mam czasu opisac. Niektore sie juz nawet przeterminowaly. Ale mysle, ze bedzie lepiej. Kupilem sobie klawiaturke do Palma, zeby moc szybko pisac w kazdych warunkach. Przeciez czasem jestem gdzies na wyjezdzie, zdarzaja sie chwile wolnego czasu, wtedy zaluje, ze nie mam komputera, bo molbym przelac troche swoich mysli. A przeciez moj Palm to komputer o wiele mocniejszy niz moj pierwszy PC. Tyle ze pisanie po ekranie nie jest tak szybkie i wygodne jak pisanie na klawiaturze. Wiem ze sa ludzie, ktorzy to robia, ale ja nie mam tyle czasu i wytrwalosci ;-)
Zatem kupilem sobie klawiaturke. Teraz moje teksty beda moze troche ktotsze, nie beda mialy polskich liter, ale beda. A kiedy starego, wysluzonego Palma wymienie na cos innego, klawiaturka bedzie dalej dzialala.
A teraz leze w lozku, pisze i patrze, ktory z tematow powinienem jeszcze opisac, zanim sie przeterminuje.
Ale na razie moj wolny czas sie skonczyl, bo przyszla Nadia, a Grafit juz patrzy wymownie. Pobiegniemy sobie, poslucham podcastow, osluchujac sie z angielskim i rosyjskim.
Zatem kupilem sobie klawiaturke. Teraz moje teksty beda moze troche ktotsze, nie beda mialy polskich liter, ale beda. A kiedy starego, wysluzonego Palma wymienie na cos innego, klawiaturka bedzie dalej dzialala.
A teraz leze w lozku, pisze i patrze, ktory z tematow powinienem jeszcze opisac, zanim sie przeterminuje.
Ale na razie moj wolny czas sie skonczyl, bo przyszla Nadia, a Grafit juz patrzy wymownie. Pobiegniemy sobie, poslucham podcastow, osluchujac sie z angielskim i rosyjskim.
Ludzie sie nudza
Czesto slysze, ze ktos sie nudzi, nie ma co robic. Zazdroszcze takim ludziom, bo sam nie mam czasu na to, aby zrealizowac wszystkie swoje plany i zamierzenia. Ciagle mam poczucie tego, ze doby jest za malo, a wieczorem jestem juz tak zmeczzony, ze musze isc spac, zamiast zrobic cos jeszcze. No i wciaz umyka i przesuwa sie w przyszlosc tyle fajnych rzeczy, ktore sa do zrobienia. Kiedys liczylem na to, ze na emeryturze bede mial wiecej czasu, i uda sie przesunac czesc planow na ten piekny czas, kiedy nie ma juz w domu dzieci, kiedy praca nie obciaza tak bardzo. Moje naiwne wizje rozwial w swoim blogu Graham, ktory jest na australijskiej emeryturze. Poczulem z nim dziwna bliskosc, bo tez robi wiele. i mimo emerytury narzeka na brak mozliwosci zrealizowania swoich wszystkich planow i marzen. Oczywiscie nie jest to polskie narzekanie, ale narzekanie australijskie - pozytywne i konstruktywne. Mozna je poczuc na jego blogu (pisanym rzecz jasna po australijsku).
A ludzie mowia, ze sie nudza. Teraz, w obecnej chwili nie sa sobie w stanie znalezc dodatkowego pasjonujacego zajecia, nie maja pasji, ktore mogliby zwykle odkladac na wolna chwile i w tej wolnej chwili je wyciagnac i zrealizowac.
Ja mam swoja liste rzeczy, ktore chcialbym zrobic w wolnej chwili i coz. Nawet nie ogladam do konca ciekawego i dobrego filmu, bo szkoda mi czasu, bo dzieki temu moge zrobic cos innego, np. skonfigurowac plany dzwonienia w bramce VoIP (chwilowo bez powodzenia, ale sie przynajmniej nauczylem jak to robic). A film? Znalazl sie na liscie rzeczy do zrobienia w wolnej chwili.
A ludzie sie nudza. Kiedys myslalem, ze Internet im pomoze w tym, zeby sie nie nudzili. Ze nadmiar informacji i pomyslow, ich dostepnosc i przystepnosc, pomoga w zwalczeniu nudy. Ale coz - wciaz slysze od kogos z otoczenia, ze sie nudzi. No i ludzie ze znudzenia czytaja cudze blogi, jak kiedys ze znudzenia przekazywali sobie plotki o zyciu innych. To z nudy ludzie interesuja sie polityka, zyciem prywatnym ludzi mediow. Dyskutuja bez sensu i checi wyciagniecia wnioskow na forach internetowych i pisza komentarze pod artykulami na portalach.
A ci, ktorzy sie nie nudza, nie maja czasu na takie plotkarskie interesowanie sie innymi. Bo ich wlasne zycie jest wystarczajaco zajmujace, zeby nuda w nim nie miala miejsca. I cenia swoj czas, w ktorym moga znalezc nowe rzeczy, ktorymi mogliby sie zajac, gdyby tylko mieli czas.
A dla znudzonych mam edukacyjna propozycje. Odpowiednik dawnej zabawy w czytanie hasel z ecyklopedii, czyli wikipedia. Kiedy wpisze sie pierwsze haslo to nastepne juz ida jak z platka. Ile mozna sie przy tym dowiedziec. A przy okazji krag wikipedystow moze sie powiekszyc o jakiegos znudzonego eksperta w dziedzinie niepopularnej do tej pory. Bo wikipedie moze tworzyc kazdy z nas. Tyle ze ja mam to daleko na swojej liscie rzeczy do realizacji w wolnym czasie.
A ludzie mowia, ze sie nudza. Teraz, w obecnej chwili nie sa sobie w stanie znalezc dodatkowego pasjonujacego zajecia, nie maja pasji, ktore mogliby zwykle odkladac na wolna chwile i w tej wolnej chwili je wyciagnac i zrealizowac.
Ja mam swoja liste rzeczy, ktore chcialbym zrobic w wolnej chwili i coz. Nawet nie ogladam do konca ciekawego i dobrego filmu, bo szkoda mi czasu, bo dzieki temu moge zrobic cos innego, np. skonfigurowac plany dzwonienia w bramce VoIP (chwilowo bez powodzenia, ale sie przynajmniej nauczylem jak to robic). A film? Znalazl sie na liscie rzeczy do zrobienia w wolnej chwili.
A ludzie sie nudza. Kiedys myslalem, ze Internet im pomoze w tym, zeby sie nie nudzili. Ze nadmiar informacji i pomyslow, ich dostepnosc i przystepnosc, pomoga w zwalczeniu nudy. Ale coz - wciaz slysze od kogos z otoczenia, ze sie nudzi. No i ludzie ze znudzenia czytaja cudze blogi, jak kiedys ze znudzenia przekazywali sobie plotki o zyciu innych. To z nudy ludzie interesuja sie polityka, zyciem prywatnym ludzi mediow. Dyskutuja bez sensu i checi wyciagniecia wnioskow na forach internetowych i pisza komentarze pod artykulami na portalach.
A ci, ktorzy sie nie nudza, nie maja czasu na takie plotkarskie interesowanie sie innymi. Bo ich wlasne zycie jest wystarczajaco zajmujace, zeby nuda w nim nie miala miejsca. I cenia swoj czas, w ktorym moga znalezc nowe rzeczy, ktorymi mogliby sie zajac, gdyby tylko mieli czas.
A dla znudzonych mam edukacyjna propozycje. Odpowiednik dawnej zabawy w czytanie hasel z ecyklopedii, czyli wikipedia. Kiedy wpisze sie pierwsze haslo to nastepne juz ida jak z platka. Ile mozna sie przy tym dowiedziec. A przy okazji krag wikipedystow moze sie powiekszyc o jakiegos znudzonego eksperta w dziedzinie niepopularnej do tej pory. Bo wikipedie moze tworzyc kazdy z nas. Tyle ze ja mam to daleko na swojej liscie rzeczy do realizacji w wolnym czasie.
poniedziałek, 5 marca 2007
Polska epidemia otylosci
Kiedys zobaczylem grupke dzieci - okolo 10-12-latkow. Poniewaz bylo lato, wiec wszystkie byly lekko ubrane. I wtedy stwierdzilem, ze Polska szybko nadrabia dystans, ktory dzielil nas od USA - dystans wagi. O ile my w podobnym wieku bylismy wysportowanymi mlodymi ludzmi, to niewiele czasu musialo minac, zeby przecietny nastolatek wazyl niewiele mniej niz dorosly z naszych czasow.
Zaatakowala nas epidemia otylosci. Przyszla do nas ze Stanow i innych "rozwinietych" krajow dobrobytu. Zaimportowalismy ja sobie razem z wieloma jakze milymi, atrakcyjnymi i ulatwiajacymi zycie rzeczami.
Troche przeraza to, ze tamte kraje juz powoli sobie uswiadamiaja to, co sie dzieje, powoli dochodza do tego, ze czlowiek nie moze napychac sie jedzeniem i slodyczami, ale musi sie ruszac, musi biegac, skakac, uciekac i gonic. Taka juz nasza pierwotna natura. Musimy biec, chocby w miejscu, po biezni, musimy walczyc, chocby nasz przeciwnik byl naszym najlepszym przyjacielem, a walka byla sparringiem. A epidemia otylosci w Polsce wciaz wyprzedza nowa zachodnia mode na ruch. Mode, ktora jest nasza prawdziwa natura. A przeciez wbrew temu, co widac w Wiadomosciach, Polacy sa inteligentnym narodem i mogliby czerpac z doswiadczen innych dobre wzorce, a z kiepskich doswadczen tylko wyciagac wnioski.
Zaatakowala nas epidemia otylosci. Przyszla do nas ze Stanow i innych "rozwinietych" krajow dobrobytu. Zaimportowalismy ja sobie razem z wieloma jakze milymi, atrakcyjnymi i ulatwiajacymi zycie rzeczami.
Troche przeraza to, ze tamte kraje juz powoli sobie uswiadamiaja to, co sie dzieje, powoli dochodza do tego, ze czlowiek nie moze napychac sie jedzeniem i slodyczami, ale musi sie ruszac, musi biegac, skakac, uciekac i gonic. Taka juz nasza pierwotna natura. Musimy biec, chocby w miejscu, po biezni, musimy walczyc, chocby nasz przeciwnik byl naszym najlepszym przyjacielem, a walka byla sparringiem. A epidemia otylosci w Polsce wciaz wyprzedza nowa zachodnia mode na ruch. Mode, ktora jest nasza prawdziwa natura. A przeciez wbrew temu, co widac w Wiadomosciach, Polacy sa inteligentnym narodem i mogliby czerpac z doswiadczen innych dobre wzorce, a z kiepskich doswadczen tylko wyciagac wnioski.
sobota, 24 lutego 2007
Świat się zmienił?
Kiedyś wszyscy rozmawiali o roli, poplonach, o tym czy trójpolówka jest lepsza od nawożenia, czy gorsza. Wszyscy mieli wspólne tematy, które były im bliskie, dotykające ich codziennego życia. Dzisiaj tematy codziennego życia nieco się oddaliły. Mamy za to wiele innych, ciekawych tematów. Swobodny przepływ informacji kiedyś dotyczył jednej wioski. Już do drugiej wsi ludzie zapuszczali się z rzadka, na wesela, procesje czy inne uroczystości. Dzisiaj bardziej interesuje nas to, co dzieje się po drugiej stronie świata, niż w oknie naprzeciwko.
Do tych przemyśleń np. skłoniła mnie dyskusja na temat opon w formule I. Cały świat fascynował się tematem sposobu doboru opon do toru, warunków pogodowych i stylu jazdy. Nagle każdy dziennikarz stał się ekspertem od opon F1, każde wiadomości zaczynały się od tego, jakże interesującego wszystkich tematu. To tak jak niegdyś, kiedy Jagna postanowiła wyjść za bogatego Borynę, cała wieś miała o czym rozmawiać przez długie zimowe wieczory. A teraz dnie całe dyskutowaliśmy o oponach Kubicy.
Czy aby na pewno świat się zmienił? Zmieniło się co prawda nasze otoczenie, ale ludzie jakby nie ewoluowali. Czytałem ostatnio ciekawe zestawienie czasów dawnych i dzisiejszych pod kątem zarabiania pieniędzy. Dawniej, aby zdobyć pieniądze, zabierało się parobków i najeżdżało sąsiada. Grabiło go z dóbr i jedzenia i już byłem bogatszy niż on. Dzisiaj sąsiedzi rozpoczynają grę na giełdzie. Jeden musi zabrać drugiemu, żeby wyjść na swoje. Sposób niby bardziej humanitarny? Także zabieram komuś jego pieniądze, aby zwiększyć zasobność swojego portfela i zaopatrzyć spiżarnię.
Onegdaj ludzie znowu oszukiwali innych, sprzedając im np. drzazgi z drabiny, która śniła się Jakubowi, dzisiaj oglądamy na zdjęciach i reklamach piękne modelki, które marzą o tym, żeby Photoshop potrafił ingerować nie tylko w ich fotografie. Albo atakują nas telefonami, które namawiają na zakup zupełnie niepotrzebnych i bezwartościowych książek. I tysiące naiwnych, którzy nie do końca rozumieją o co chodzi osobie po drugiej stronie słuchawki, kupują. Kiedyś kuglarze chodzili po jarmarkach, przy okazji okradając gapiów, dzisiaj fałszywi inkasenci wchodzą do staruszek.
W zasadzie jedyne, co się zmieniło, to podatki. Kiedyś wasal brał dziesięcinę. Dziesięć procent dochodu. Czy to dużo? Co dziesiąty worek mąki, co dziesiąty złoty pieniążek. Ludzie narzekali, ale dawali, bo książe dla obrony swoich wieśniaków musiał opłacić rycerzy, a przy okazji utrzymać żonę, kilka dworek i służących.
Teraz zbliża się rozliczenie roczne. Patrzymy na swoje pity i okazuje się, że połowa lub nawet więcej pieniędzy, które w pocie czoła zarabiamy, zabiera nasze państwo. Już nie ma jednego wasala, ale rozbudowany aparat administracyjny. A to kosztuje. Może jesteśmy zdrowsi, dłużej żyjemy, mamy więcej czasu? Mieszkamy w ciepłych domach, w nocy ulice są oświetlone i mniej boimy się przemierzać trakty osiedlowe, bo zbójcy są częściej karani. Coś się jednak zmieniło.
Podatki.
Do tych przemyśleń np. skłoniła mnie dyskusja na temat opon w formule I. Cały świat fascynował się tematem sposobu doboru opon do toru, warunków pogodowych i stylu jazdy. Nagle każdy dziennikarz stał się ekspertem od opon F1, każde wiadomości zaczynały się od tego, jakże interesującego wszystkich tematu. To tak jak niegdyś, kiedy Jagna postanowiła wyjść za bogatego Borynę, cała wieś miała o czym rozmawiać przez długie zimowe wieczory. A teraz dnie całe dyskutowaliśmy o oponach Kubicy.
Czy aby na pewno świat się zmienił? Zmieniło się co prawda nasze otoczenie, ale ludzie jakby nie ewoluowali. Czytałem ostatnio ciekawe zestawienie czasów dawnych i dzisiejszych pod kątem zarabiania pieniędzy. Dawniej, aby zdobyć pieniądze, zabierało się parobków i najeżdżało sąsiada. Grabiło go z dóbr i jedzenia i już byłem bogatszy niż on. Dzisiaj sąsiedzi rozpoczynają grę na giełdzie. Jeden musi zabrać drugiemu, żeby wyjść na swoje. Sposób niby bardziej humanitarny? Także zabieram komuś jego pieniądze, aby zwiększyć zasobność swojego portfela i zaopatrzyć spiżarnię.
Onegdaj ludzie znowu oszukiwali innych, sprzedając im np. drzazgi z drabiny, która śniła się Jakubowi, dzisiaj oglądamy na zdjęciach i reklamach piękne modelki, które marzą o tym, żeby Photoshop potrafił ingerować nie tylko w ich fotografie. Albo atakują nas telefonami, które namawiają na zakup zupełnie niepotrzebnych i bezwartościowych książek. I tysiące naiwnych, którzy nie do końca rozumieją o co chodzi osobie po drugiej stronie słuchawki, kupują. Kiedyś kuglarze chodzili po jarmarkach, przy okazji okradając gapiów, dzisiaj fałszywi inkasenci wchodzą do staruszek.
W zasadzie jedyne, co się zmieniło, to podatki. Kiedyś wasal brał dziesięcinę. Dziesięć procent dochodu. Czy to dużo? Co dziesiąty worek mąki, co dziesiąty złoty pieniążek. Ludzie narzekali, ale dawali, bo książe dla obrony swoich wieśniaków musiał opłacić rycerzy, a przy okazji utrzymać żonę, kilka dworek i służących.
Teraz zbliża się rozliczenie roczne. Patrzymy na swoje pity i okazuje się, że połowa lub nawet więcej pieniędzy, które w pocie czoła zarabiamy, zabiera nasze państwo. Już nie ma jednego wasala, ale rozbudowany aparat administracyjny. A to kosztuje. Może jesteśmy zdrowsi, dłużej żyjemy, mamy więcej czasu? Mieszkamy w ciepłych domach, w nocy ulice są oświetlone i mniej boimy się przemierzać trakty osiedlowe, bo zbójcy są częściej karani. Coś się jednak zmieniło.
Podatki.
piątek, 23 lutego 2007
Satysfakcja
Dawno nie miałem czasu siąść wieczorem do komputera i coś tutaj napisać. No i od razu statystyki odwiedzin na blogu pokazują drastyczny spadek. Całe 50% z 12 do 6 osób ;-)
Ale nie o tym miałem pisać. Dzisiaj jest o satysfakcji. Satysfakcji ze swoich osiągnięć.
Możemy już nosić żółte pasy do naszych doboków. Skok o całe trzy stopnie to był dla nas spory wysiłek. Chyba jeszcze nigdy nie czułem tak dużej satysfakcji z osiągniętego wyniku. Egzamin na żółty pas trwał ok. półtora godziny. Półtora godziny ciągłego i bardzo intensywnego wysiłku fizycznego. Z egzaminu wyszliśmy o własnych siłach, niesamowicie zmęczeni, ale szczęśliwi. Znowu uświadamia mi to, że człowiek wciąż jest tak samo pierwotny, jak tysiące lat temu. Największą satysfakcję daje pokonanie swoich nie psychicznych, ale fizycznych ograniczeń. Osiągnięcie i przekroczenie swojego kresu fizycznej wytrzymałości. Pokonanie ograniczeń umysłowych albo nie daje tej satysfakcji, albo może nie jesteśmy w stanie tak bardzo wyjść poza nasze ograniczenia?
Ludzie śmieją się ze mnie, kiedy mówię że najbardziej na świecie nie lubię myśleć. Ale to przecież prawda. Szachy, krzyżówki, zadania logiczne. To wszystko wymaga wysiłku umysłowego. Nie lubię zastanawiać się zbyt długo nad rozwiązaniem. A zrobić 70 pompek, tyleż samo przysiadów z kopnięciem i może nawet więcej wyskoków... da się zrobić, kiedy chcę przeskoczyć pewien etap. A kilka osób odpadło wcześniej, bo ich fizyczne ograniczenia były trochę niżej.
A jeśli chodzi o myślenie, rozwiązywanie trudnych logicznych zadań, to chyba coś nas tutaj bardziej ogranicza niż słabe mięśnie. Tu bardziej trzymają nas ograniczenia naszego umysłu. Kiedy chcę kopnąć wyżej, skoczyć wyżej, to mogę to zrobić. Muszę tylko wyobrazić sobie, że potrafię to zrobić. Ciało posłucha umysłu i poderwie mięśnie do większego wysiłku. A umysł sam siebie nie potrafi zmobilizować. Kiedy nie mogę rozwiązać zadania, bo przekracza ono moje umysłowe możliwości, to nie mogę bardziej się napiąć, albo pomyśleć, że jednak dam radę to zrobić. Chociaż stałym sposobem na rozwiązywanie zbyt trudnych zadań jest dla mnie zapomnienie o nich. Na najlepsze pomysły wpadam pod prysznicem, zasypiając, albo męcząc się fizycznie. Więc może ciało może także poderwać umysł do większego wysiłku? Więc może nasza pierwotna natura działa w dwie strony? Może można wykorzystać tą jakże pierwotną cechę, która to fizycznym wysiłkom ucieczki przed dzikim zwierzem podpowiadała umysłowe lepsze rozwiązania niż próba bezmyślnego biegu przez las?
W każdym razie myślę, że taka sama satysfakcja jest ze zdobycia żółtego pasa w taekwon-do, taka sama z rozwiązania naprawdę trudnego problemu (może nie udało mi się jeszcze z takim zmierzyć) i taka sama ze znalezienia sprytnego rozwiązania ucieczki przed szablastozębnym tygrysem.
Ale nie o tym miałem pisać. Dzisiaj jest o satysfakcji. Satysfakcji ze swoich osiągnięć.
Możemy już nosić żółte pasy do naszych doboków. Skok o całe trzy stopnie to był dla nas spory wysiłek. Chyba jeszcze nigdy nie czułem tak dużej satysfakcji z osiągniętego wyniku. Egzamin na żółty pas trwał ok. półtora godziny. Półtora godziny ciągłego i bardzo intensywnego wysiłku fizycznego. Z egzaminu wyszliśmy o własnych siłach, niesamowicie zmęczeni, ale szczęśliwi. Znowu uświadamia mi to, że człowiek wciąż jest tak samo pierwotny, jak tysiące lat temu. Największą satysfakcję daje pokonanie swoich nie psychicznych, ale fizycznych ograniczeń. Osiągnięcie i przekroczenie swojego kresu fizycznej wytrzymałości. Pokonanie ograniczeń umysłowych albo nie daje tej satysfakcji, albo może nie jesteśmy w stanie tak bardzo wyjść poza nasze ograniczenia?
Ludzie śmieją się ze mnie, kiedy mówię że najbardziej na świecie nie lubię myśleć. Ale to przecież prawda. Szachy, krzyżówki, zadania logiczne. To wszystko wymaga wysiłku umysłowego. Nie lubię zastanawiać się zbyt długo nad rozwiązaniem. A zrobić 70 pompek, tyleż samo przysiadów z kopnięciem i może nawet więcej wyskoków... da się zrobić, kiedy chcę przeskoczyć pewien etap. A kilka osób odpadło wcześniej, bo ich fizyczne ograniczenia były trochę niżej.
A jeśli chodzi o myślenie, rozwiązywanie trudnych logicznych zadań, to chyba coś nas tutaj bardziej ogranicza niż słabe mięśnie. Tu bardziej trzymają nas ograniczenia naszego umysłu. Kiedy chcę kopnąć wyżej, skoczyć wyżej, to mogę to zrobić. Muszę tylko wyobrazić sobie, że potrafię to zrobić. Ciało posłucha umysłu i poderwie mięśnie do większego wysiłku. A umysł sam siebie nie potrafi zmobilizować. Kiedy nie mogę rozwiązać zadania, bo przekracza ono moje umysłowe możliwości, to nie mogę bardziej się napiąć, albo pomyśleć, że jednak dam radę to zrobić. Chociaż stałym sposobem na rozwiązywanie zbyt trudnych zadań jest dla mnie zapomnienie o nich. Na najlepsze pomysły wpadam pod prysznicem, zasypiając, albo męcząc się fizycznie. Więc może ciało może także poderwać umysł do większego wysiłku? Więc może nasza pierwotna natura działa w dwie strony? Może można wykorzystać tą jakże pierwotną cechę, która to fizycznym wysiłkom ucieczki przed dzikim zwierzem podpowiadała umysłowe lepsze rozwiązania niż próba bezmyślnego biegu przez las?
W każdym razie myślę, że taka sama satysfakcja jest ze zdobycia żółtego pasa w taekwon-do, taka sama z rozwiązania naprawdę trudnego problemu (może nie udało mi się jeszcze z takim zmierzyć) i taka sama ze znalezienia sprytnego rozwiązania ucieczki przed szablastozębnym tygrysem.
środa, 17 stycznia 2007
Intymność XXI wieku
Jak to teraz jest z tą intymnością i samotnością we współczesnym świecie?
Wspólczesne środki techniczne pozwalają wyśledzić nas wszędzie. Ale czy to źle? Może tylko ludzie z epoki stanu wojennego boją się takiego monitorowania, bo nie lubią być inwigilowani, bo mają bardzo złe doświadczenia z tamtego czasu?
Dla przeciętnego uczciwego człowieka nie stanowi zagrożenia to czy ktoś wie, że poszedł do sklepu, czy też nie. A przynajmniej taki przeciętniak może się czuć bezpiecznie. Nie musi w stresie zastanawiać się, na jakiej ulicy się znajduje, jakie to miasto, czy ktoś jest w pobliżu, kiedy potrzebuje pomocy, bo wystarczy tylko ustalić jego pozycję za pomocą komórki, GPS, czy 911.
Czy ja muszę się obawiać podawania swojej pozycji, zdradzania komuś swoich zachowań? W sumie to po co ktoś ma mnie śledzić? Nie zaszkodziłem nikomu, ani rządowi, ani biznesowi, ani przestępcom. Zatem nie będą się chyba właśnie mną interesować dopóki nie jest to konieczne, albo w jakiś sposób dla mnie korzystne. No może można powiedzieć, że śledzenie zachowań może pomóc marketingowcom w dopasowaniu przekazów reklamowych. Przecież jeśli zwykle chodzę po sklepach z elektroniką i najczęściej zatrzymuję się przy palmtopach, to można przysyłać mi reklamy palmtopów. Można wyświetlić mi banner z reklamą najnowszego smartphone'u Nokii, kiedy wchodzę do swojego ulubionego sklepu. Ale czy to jest szkodliwe? W internecie od dawna się tak dzieje i jest to akceptowane.
Czy mogę się bać śledzenia pozycji mojego samochodu? Jeśli jeżdżę bezpiecznie, nie przekraczam prędkości, to może mieć zamontowane nie wiadomo jakie systemy monitorowania, śledzenia, ustalania pozycji. To tylko lepiej dla mnie, bo zostawię auto na parkingu z lżejszym sercem, kiedy będę wiedział, że ewentualnie ktoś pomoże mi je odnaleźć. Nie będę nerwowo zastanawiał się gdzie jestem, kiedy przydarzy mi się wypadek, bo policja i pogotowie będą od razu znały moją pozycję, nawet jeśli będzie to w dzikiej głuszy w środku lasu.
No właśnie - przecież internet zupełnie pozbawia nas intymności, choć niektórzy zdają się nie zdawać sobie z tego sprawy. Inni to akceptują, bo tak było od samego początku.
Chociaż powstają co rusz projekty zacierania śladów, zamazywania scieżki do użytkownika. To faktycznie jest potrzebne w takich reżimach jak chiński, arabski, czy innych państwach, gdzie ta wolność jednostki jest mocno ograniczona, a ograniczenia nie ograniczają się do bezpiecznego dla siebie i innych życia, ale usiłują kontrolować zachowania jednostek. Bo tam każdy jest potencjalnie niebezpieczny, gdyż ma mózg i myśli. A u nas? Jakoś tak, może naiwnie, wierzę, że jednak nie jestem zagrożeniem dla Państwa przez to, że wyrażam swoje myśli. Ale próba ukrycia obecności użytkownika w reżimach, ma też drugą, bardzo niebezpieczną stronę w krajach wolnych. Przecież tu wszystkie systemy ukrywające są wykorzystywane najpierw przez przestępców, którzy chcą szkodzić większości. A ogół nawet często nie wie że mógłby takie środki wykorzystać, choćby do zamazania złego wrażenia po wypowiedzi na jakimś forum, udzielonej w "pomroczności jasnej" alkoholowej. Czyli tak jak wszystko - zarówno środki śledzenia bytności, jak i urządzenia do zacierania śladów można wykorzystać w celach pokojowych, albo wojennych.
Wspólczesne środki techniczne pozwalają wyśledzić nas wszędzie. Ale czy to źle? Może tylko ludzie z epoki stanu wojennego boją się takiego monitorowania, bo nie lubią być inwigilowani, bo mają bardzo złe doświadczenia z tamtego czasu?
Dla przeciętnego uczciwego człowieka nie stanowi zagrożenia to czy ktoś wie, że poszedł do sklepu, czy też nie. A przynajmniej taki przeciętniak może się czuć bezpiecznie. Nie musi w stresie zastanawiać się, na jakiej ulicy się znajduje, jakie to miasto, czy ktoś jest w pobliżu, kiedy potrzebuje pomocy, bo wystarczy tylko ustalić jego pozycję za pomocą komórki, GPS, czy 911.
Czy ja muszę się obawiać podawania swojej pozycji, zdradzania komuś swoich zachowań? W sumie to po co ktoś ma mnie śledzić? Nie zaszkodziłem nikomu, ani rządowi, ani biznesowi, ani przestępcom. Zatem nie będą się chyba właśnie mną interesować dopóki nie jest to konieczne, albo w jakiś sposób dla mnie korzystne. No może można powiedzieć, że śledzenie zachowań może pomóc marketingowcom w dopasowaniu przekazów reklamowych. Przecież jeśli zwykle chodzę po sklepach z elektroniką i najczęściej zatrzymuję się przy palmtopach, to można przysyłać mi reklamy palmtopów. Można wyświetlić mi banner z reklamą najnowszego smartphone'u Nokii, kiedy wchodzę do swojego ulubionego sklepu. Ale czy to jest szkodliwe? W internecie od dawna się tak dzieje i jest to akceptowane.
Czy mogę się bać śledzenia pozycji mojego samochodu? Jeśli jeżdżę bezpiecznie, nie przekraczam prędkości, to może mieć zamontowane nie wiadomo jakie systemy monitorowania, śledzenia, ustalania pozycji. To tylko lepiej dla mnie, bo zostawię auto na parkingu z lżejszym sercem, kiedy będę wiedział, że ewentualnie ktoś pomoże mi je odnaleźć. Nie będę nerwowo zastanawiał się gdzie jestem, kiedy przydarzy mi się wypadek, bo policja i pogotowie będą od razu znały moją pozycję, nawet jeśli będzie to w dzikiej głuszy w środku lasu.
No właśnie - przecież internet zupełnie pozbawia nas intymności, choć niektórzy zdają się nie zdawać sobie z tego sprawy. Inni to akceptują, bo tak było od samego początku.
Chociaż powstają co rusz projekty zacierania śladów, zamazywania scieżki do użytkownika. To faktycznie jest potrzebne w takich reżimach jak chiński, arabski, czy innych państwach, gdzie ta wolność jednostki jest mocno ograniczona, a ograniczenia nie ograniczają się do bezpiecznego dla siebie i innych życia, ale usiłują kontrolować zachowania jednostek. Bo tam każdy jest potencjalnie niebezpieczny, gdyż ma mózg i myśli. A u nas? Jakoś tak, może naiwnie, wierzę, że jednak nie jestem zagrożeniem dla Państwa przez to, że wyrażam swoje myśli. Ale próba ukrycia obecności użytkownika w reżimach, ma też drugą, bardzo niebezpieczną stronę w krajach wolnych. Przecież tu wszystkie systemy ukrywające są wykorzystywane najpierw przez przestępców, którzy chcą szkodzić większości. A ogół nawet często nie wie że mógłby takie środki wykorzystać, choćby do zamazania złego wrażenia po wypowiedzi na jakimś forum, udzielonej w "pomroczności jasnej" alkoholowej. Czyli tak jak wszystko - zarówno środki śledzenia bytności, jak i urządzenia do zacierania śladów można wykorzystać w celach pokojowych, albo wojennych.
piątek, 12 stycznia 2007
Wyścig zszywaczy biurowych
Ten jakże prosty temat może zabrzmieć kontrowersyjnie wśród dotychczasowych moich postów. A jest przecież prosty jak narzędzie, o którym piszę.
Dzisiaj miałem okazję skorzystać ze Zszywacza - wielkiego, ciężkiego, stalowego. Na pierwszy rzut oka widać, że ma on więcej lat niż niektórzy pracownicy naszej firmy. Ponoć jest w firmie kilka takich. Potrafią zszyć 100 kartek. Właśnie dlatego na niego trafiłem, bo wszystkie okoliczne zszywacze poddały się przy próbie zszycia dwudziestu pięciu kartek. Nowoczesna technologia - wytrzymałe tworzywa sztuczne, piękne, różnorodne kolory, wielofunkcyjne, z antypoślizgowymi podstawkami i schowkami na dodatkowe zszywki. Ale wszystkie one padają w porównaniu ze Zszywaczem. Wygląda archaicznie, ozdobiony jest technologią młotkowania, która umarła śmiercią naturalną w poprzedniej epoce. Kiedy pomyślę, że ktoś tym kulistym młotkiem nabijał ręcznie setki żłobień... W dzisiejszych czasach to nie do pomyślenia. W czasie poświęconym na ozdobienie jednego Zszywacza można obecnie wyprodukować pewno kilka tysięcy kolorowych zszywaczy. Tyle że one wszystkie nie przetrwają tak długo jak Zszywacz. Po kilku latach, a może nawet miesiącach zaczną szwankować, zostaną zastąpione nowymi, jeszcze ładniejszymi, jeszcze bardziej funkcjonalnymi, ale jeszcze mniej trwałymi. I znowu ktoś wyprodukuje kilka tysięcy nowych zszywaczy, sprzeda je tym, którzy nie mają Zszywacza, albo nie chce im się do niego chodzić.
Zszywacz jest tylko przykładem dzisiejszego stylu życia. Zżymamy się na tony śmieci, recycling, problem zanieczyszczenia środowiska. A przecież to jest jakże mocno powiązane z naszą potrzebą posiadania nowych, ładniejszych rzeczy z jednej strony, a z maksymalizacją zysku producentów z drugiej. Nie wiem kto jest winny temu wyścigowi konsumpcjonizmu. Nie można zwalać winy na producentów, bo gdyby każdy użytkownik zgodził się na jeden Zszywacz na całe biuro i wszyscy chcieli zadać sobie trochę trudu, żeby podejść do Zszywacza, to producenci nie mieliby możliwości wymusić na nas kupowania nowych produktów. A tak co dwa lata kupujemy nowe DVD, odtwarzacz MP3, o moim palmtopie sprzed trzech lat czytam, że jest "technologicznie przestarzały", a Apple "zrobiło rewolucję" w dziedzinie telefonów komórkowych, palmtopów i smartphone'ów, bo wypuściło iPhone. Przecież to nie tak - możemy żyć bez większości tych rzeczy, albo używać przez lata tych samych, trwałych i funkcjonalnych przedmiotów. Tylko po co? Bo fajnie jest mieć coś nowego, znowu cieszyć się jak dziecko odkrywaniem nowych-starych funkcji, które prowadzą do tego samego celu, ale działają inaczej. Może to właśnie generuje postęp cywilizacyjny, który w ostatnich latach właśnie dzięki temu pędowi ku posiadaniu nowości tak bardzo przyspieszył. Pewno daje to też wiele innych korzyści dla naszego życia, bo te gadżety są zwykle tylko wierzchołkiem góry lodowej. Gadżet otrzymujemy często jako produkt uboczny nowej technologii, która służy innym celom. Choć pewno teraz też się to zmieniło i laboratoria już przestawiły się z realizacji szczytnych celów poprawiania życia na cel uprzyjemniania życia (i dawania zarobku firmom). No i ci, którzy chcą nadal robić rzeczy trwałe, wymierają jak dinozaury kiedyś. Są za wolni...
Dzisiaj miałem okazję skorzystać ze Zszywacza - wielkiego, ciężkiego, stalowego. Na pierwszy rzut oka widać, że ma on więcej lat niż niektórzy pracownicy naszej firmy. Ponoć jest w firmie kilka takich. Potrafią zszyć 100 kartek. Właśnie dlatego na niego trafiłem, bo wszystkie okoliczne zszywacze poddały się przy próbie zszycia dwudziestu pięciu kartek. Nowoczesna technologia - wytrzymałe tworzywa sztuczne, piękne, różnorodne kolory, wielofunkcyjne, z antypoślizgowymi podstawkami i schowkami na dodatkowe zszywki. Ale wszystkie one padają w porównaniu ze Zszywaczem. Wygląda archaicznie, ozdobiony jest technologią młotkowania, która umarła śmiercią naturalną w poprzedniej epoce. Kiedy pomyślę, że ktoś tym kulistym młotkiem nabijał ręcznie setki żłobień... W dzisiejszych czasach to nie do pomyślenia. W czasie poświęconym na ozdobienie jednego Zszywacza można obecnie wyprodukować pewno kilka tysięcy kolorowych zszywaczy. Tyle że one wszystkie nie przetrwają tak długo jak Zszywacz. Po kilku latach, a może nawet miesiącach zaczną szwankować, zostaną zastąpione nowymi, jeszcze ładniejszymi, jeszcze bardziej funkcjonalnymi, ale jeszcze mniej trwałymi. I znowu ktoś wyprodukuje kilka tysięcy nowych zszywaczy, sprzeda je tym, którzy nie mają Zszywacza, albo nie chce im się do niego chodzić.
Zszywacz jest tylko przykładem dzisiejszego stylu życia. Zżymamy się na tony śmieci, recycling, problem zanieczyszczenia środowiska. A przecież to jest jakże mocno powiązane z naszą potrzebą posiadania nowych, ładniejszych rzeczy z jednej strony, a z maksymalizacją zysku producentów z drugiej. Nie wiem kto jest winny temu wyścigowi konsumpcjonizmu. Nie można zwalać winy na producentów, bo gdyby każdy użytkownik zgodził się na jeden Zszywacz na całe biuro i wszyscy chcieli zadać sobie trochę trudu, żeby podejść do Zszywacza, to producenci nie mieliby możliwości wymusić na nas kupowania nowych produktów. A tak co dwa lata kupujemy nowe DVD, odtwarzacz MP3, o moim palmtopie sprzed trzech lat czytam, że jest "technologicznie przestarzały", a Apple "zrobiło rewolucję" w dziedzinie telefonów komórkowych, palmtopów i smartphone'ów, bo wypuściło iPhone. Przecież to nie tak - możemy żyć bez większości tych rzeczy, albo używać przez lata tych samych, trwałych i funkcjonalnych przedmiotów. Tylko po co? Bo fajnie jest mieć coś nowego, znowu cieszyć się jak dziecko odkrywaniem nowych-starych funkcji, które prowadzą do tego samego celu, ale działają inaczej. Może to właśnie generuje postęp cywilizacyjny, który w ostatnich latach właśnie dzięki temu pędowi ku posiadaniu nowości tak bardzo przyspieszył. Pewno daje to też wiele innych korzyści dla naszego życia, bo te gadżety są zwykle tylko wierzchołkiem góry lodowej. Gadżet otrzymujemy często jako produkt uboczny nowej technologii, która służy innym celom. Choć pewno teraz też się to zmieniło i laboratoria już przestawiły się z realizacji szczytnych celów poprawiania życia na cel uprzyjemniania życia (i dawania zarobku firmom). No i ci, którzy chcą nadal robić rzeczy trwałe, wymierają jak dinozaury kiedyś. Są za wolni...
środa, 10 stycznia 2007
Babcia Krysia wysyła linki
Żyjemy w nowym świecie, w nowej rzeczywistości. Informacja przepływa między ludźmi niesamowicie szybko. To już nie tam-tamy, to nie sygnały dymne, gołąb, czy rewolucyjny telegraf. Przekroczyliśmy barierę dźwięku w przekazywaniu informacji. Bariery prędkości światła nie przekroczymy na razie tylko dlatego, że najszybszym dostępnym przekaźnikiem jest właśnie fala elektromagnetyczna - czy to w postaci elektrycznych impulsów, strumienia z satelity, czy diody, rozświetlającej szklaną, światłowodową rurkę (jakże zatoczyliśmy koło od przykrywania ogniska skórą!). To wszystko pozwala nam wymieniać się najnowszymi wieściami ze świata w ułamku sekundy. I nawet nie zastanawiamy się, jak ja powyżej, nad tym że nad sukcesem tego całego przekazu pracują tak zaawansowane media (transmisyjne). Wysyłamy link i w momencie nasz współklikacz czyta tą samą wiadomość, artykuł, post...
A kilka dni temu przyszedł do naszego domu pocztą (taką zwyczajną, gdzie nośnikiem jest Pan Listonosz) list. Nie post, ale list. W grubej kwadratowej kopercie. Ciężki, gruby, oklejony znaczkami i zaadresowany odręcznym pismem.
Ania otwarła list i wysypały się z niego ścinki gazet. To babcia Krysia przysłała jakże nagle archaiczną formę linków do artykułów. Papierowe wycinki z gazet z ciekawymi artykułami, którymi chciała się podzielić. Było to dla nas zaskoczeniem w momencie, kiedy wiemy, że tradycyjny papier odejdzie w niedługim czasie do lamusa, zastąpiony e-inkiem. Fabryki pracują już na pełnych obrotach, żeby wyprodukować to, co oficjalnie wyszło z laboratoriów. Cieszę się na tą myśl, bo wreszcie oszczędzimy trochę lasy. Przeskok z papieru na monitory się nie udał ze względu na sporą niewygodę czytania, e-booki na palmtopach większości nie odpowiadają, ale wierzę, że e-ink jest tym właśnie rozwiązaniem, które pokochają nie tylko gadżeciarze.
A ja już czekam na elektroniczne kartki, które służyć będą nie tylko do czytania, ale na których będę mógł notować jak teraz na zwykłych, czy na moim Palmie, tylko w wygodnych rozmiarach A4. No i żebym potem mógł to zwinąć i wsadzić do kieszeni...
A kilka dni temu przyszedł do naszego domu pocztą (taką zwyczajną, gdzie nośnikiem jest Pan Listonosz) list. Nie post, ale list. W grubej kwadratowej kopercie. Ciężki, gruby, oklejony znaczkami i zaadresowany odręcznym pismem.
Ania otwarła list i wysypały się z niego ścinki gazet. To babcia Krysia przysłała jakże nagle archaiczną formę linków do artykułów. Papierowe wycinki z gazet z ciekawymi artykułami, którymi chciała się podzielić. Było to dla nas zaskoczeniem w momencie, kiedy wiemy, że tradycyjny papier odejdzie w niedługim czasie do lamusa, zastąpiony e-inkiem. Fabryki pracują już na pełnych obrotach, żeby wyprodukować to, co oficjalnie wyszło z laboratoriów. Cieszę się na tą myśl, bo wreszcie oszczędzimy trochę lasy. Przeskok z papieru na monitory się nie udał ze względu na sporą niewygodę czytania, e-booki na palmtopach większości nie odpowiadają, ale wierzę, że e-ink jest tym właśnie rozwiązaniem, które pokochają nie tylko gadżeciarze.
A ja już czekam na elektroniczne kartki, które służyć będą nie tylko do czytania, ale na których będę mógł notować jak teraz na zwykłych, czy na moim Palmie, tylko w wygodnych rozmiarach A4. No i żebym potem mógł to zwinąć i wsadzić do kieszeni...
niedziela, 31 grudnia 2006
Email bankruptcy - mailowa upadłość
I znowu nasze internetowe czasy atakują nas nadmiarem informacji, której nie jesteśmy w stanie przetworzyć. Do tej pory oglądaliśmy liście na drzewach, kępki sierści na krzakach, zastanawialiśmy się, czy monotonny łomot zwiastuje nadchodzące stado mamutów, kombinowaliśmy czy uderzenie krzemieniem o kamień rzeczywiście znowu wywoła płomień. Docierał do nas prosty informacyjny przekaz. Przekaz ten dało się ogarnąć zmysłami.
Dzisiaj czytamy o ludziach, ogłaszających mailową upadłość. Kasują skrzynkę pełną nieprzeczytanych maili, proszą o ponowne przesłanie najważniejszych. A spowodowane to jest nadmiarem informacji. Nadal jesteśmy ludźmi pierwotnymi. Potrafimy klasyfikować otrzymywaną przez nasze zmysły informację jedynie do pewnego poziomu, do pewnej ilości. A potem nasze zmysły zostają ogłuszone przez nadmiar informacji. Przestajemy ją rozumieć, klasyfikować, wybierać te rzeczywiście dla nas ważne. Może po prostu wpadamy w panikę? Może jest to to samo uczucie, które ogarniało naszych przodków, kiedy z tyłu zbliżała się pantera, nad głową grzmiała burza, musieliśmy podejmować decyzję, czy uciekamy, czy się bronimy. Nadmiar informacji.
Człowiek może ogarnąć wiele, ale nie wiem czy wszystko. Może teraz dotykamy innego problemu. Musimy nauczyć się bardziej dokładnie klasyfikować. Odrzucać to, co nieważne. To co mniej ważne. To co nie jest najważniejsze. Może to kolejny etap ewolucji i adaptacji? Teraz znowu ci, którzy szybciej i sprawniej zarządzają informacją, ci którzy mają mniej nieprzeczytanych maili, ci właśnie są przewodnikami stada. To Ci zastąpią najsilniejszych i najszybszych, którzy do tej pory przewodzili innym. To oni do tej pory mieli porządek w swoich domach, myślach, planach. Oni do tej pory szybko atakowali i podejmowali decyzje o obronie. Teraz mają porządek na twardych dyskach, nie cierpią na brak wolnego miejsca, nie przechowują starych dokumentów, historycznych wersji plików, które obecnie do niczego się nie przydadzą. Szybko podejmują decyzje o odrzuceniu zbędnych informacji, o usunięciu starych i niepotrzebnych. To nowi e-przywódcy, którzy poprowadzą nowe informacyjne społeczeństwo poprzez informacyjną dżunglę.
Chyba że nie jesteśmy gotowi na tą ewolucję-rewolucję. Chyba że obecny stan jest tylko chwilowy, bo nastąpi przeciążenie. Ludzie nie wytrzymają natłoku informacji, pędu obecnego życia. Wrócimy do jakiegoś wcześniejszego etapu. Może do średniowiecza? Może do jaskiń? Może życie zgodne z naturą jest też zgodne z naszą naturą? Owoce z drzewa, własny sad, polowanie na dzikie zwierzęta. Tylko czy nie jest nas teraz za dużo na takie życie? Natura potrafi się sama regulować. Mam nadzieję, że miała w planach to, co mamy obecnie i jest przygotowana na regulowanie świata informacji.
Dzisiaj czytamy o ludziach, ogłaszających mailową upadłość. Kasują skrzynkę pełną nieprzeczytanych maili, proszą o ponowne przesłanie najważniejszych. A spowodowane to jest nadmiarem informacji. Nadal jesteśmy ludźmi pierwotnymi. Potrafimy klasyfikować otrzymywaną przez nasze zmysły informację jedynie do pewnego poziomu, do pewnej ilości. A potem nasze zmysły zostają ogłuszone przez nadmiar informacji. Przestajemy ją rozumieć, klasyfikować, wybierać te rzeczywiście dla nas ważne. Może po prostu wpadamy w panikę? Może jest to to samo uczucie, które ogarniało naszych przodków, kiedy z tyłu zbliżała się pantera, nad głową grzmiała burza, musieliśmy podejmować decyzję, czy uciekamy, czy się bronimy. Nadmiar informacji.
Człowiek może ogarnąć wiele, ale nie wiem czy wszystko. Może teraz dotykamy innego problemu. Musimy nauczyć się bardziej dokładnie klasyfikować. Odrzucać to, co nieważne. To co mniej ważne. To co nie jest najważniejsze. Może to kolejny etap ewolucji i adaptacji? Teraz znowu ci, którzy szybciej i sprawniej zarządzają informacją, ci którzy mają mniej nieprzeczytanych maili, ci właśnie są przewodnikami stada. To Ci zastąpią najsilniejszych i najszybszych, którzy do tej pory przewodzili innym. To oni do tej pory mieli porządek w swoich domach, myślach, planach. Oni do tej pory szybko atakowali i podejmowali decyzje o obronie. Teraz mają porządek na twardych dyskach, nie cierpią na brak wolnego miejsca, nie przechowują starych dokumentów, historycznych wersji plików, które obecnie do niczego się nie przydadzą. Szybko podejmują decyzje o odrzuceniu zbędnych informacji, o usunięciu starych i niepotrzebnych. To nowi e-przywódcy, którzy poprowadzą nowe informacyjne społeczeństwo poprzez informacyjną dżunglę.
Chyba że nie jesteśmy gotowi na tą ewolucję-rewolucję. Chyba że obecny stan jest tylko chwilowy, bo nastąpi przeciążenie. Ludzie nie wytrzymają natłoku informacji, pędu obecnego życia. Wrócimy do jakiegoś wcześniejszego etapu. Może do średniowiecza? Może do jaskiń? Może życie zgodne z naturą jest też zgodne z naszą naturą? Owoce z drzewa, własny sad, polowanie na dzikie zwierzęta. Tylko czy nie jest nas teraz za dużo na takie życie? Natura potrafi się sama regulować. Mam nadzieję, że miała w planach to, co mamy obecnie i jest przygotowana na regulowanie świata informacji.
niedziela, 17 grudnia 2006
Kup pan cegłę, bo smaczna
Oglądamy telewizję. Od rana zaczyna się reklamami, które atakują coraz bardziej. W zasadzie czasem zastanawiam się, czy czas reklamowy ostatnio nie przekracza granic rozsądku, bo dobry smak już dawno został przekroczony. Mam wrażenie, że czas trwania reklam przewyższa czas trwania każdego programu - czy to filmu, czy to programu dziecięcego. Choć my telewizję oglądamy od wielkiego dzwonu, to już nie raz zdarzyło nam się zapomnieć dokończyć oglądanie filmu, bo popularna telewizja ze słoneczkiem w logo puściła kilkunastuminutwy blok reklamowy tuż przed ostatnią akcją. Nie jesteśmy aż tak przywiązani do tych filmów, żeby na nie czekać, pozostaje jedynie niesmak i niechęć do włączania tego programu, bo wiadomo, że filmu nie obejrzymy.
Świadomi dorosli jeszcze sobie z tym reklamowym atakiem jakoś poradzą, ale gorzej jest z dziećmi i ludźmi podatnymi. Kiedy podczas dzisiejszego poranka po raz chyba piętnasty usłyszałem o hicie tego sezonu - laleczce, której się wtyka mikrofon, żeby nagrywać karaoke, stwierdziłem, że musi się wyjątkowo nie sprzedawać, jeśli dystrybutor zakupił taką ilość reklam. Ja to wiem, ale dzieci, dziadkowie, większość ludzi pomyśli, że to doskonały pomysł na świąteczny prezent dla dziecka, jeśli tak dużo o niej słychać. No i wyczyszczą magazyny z produktu, który w normalnych, niepromowanych warunkach nie miałby szansy się sprzedać. Bo przecież większość naszych superinterakrywnych samobawiących się zabawek leży w kącie, poupychana w pudłach zabija czas tym co potrafią robić - chodzeniem, mówieniem do siebie, czesaniem loków w prawo, czy inną wymuszoną zabawą. Dzieci są kreatywne, więc zabijanie w nich kreatywności za pomocą zabawki, która umie się bawić tylko w jedną zabawę, jest jakimś nadużyciem wychowawczym.
Najfajniejsze zabawki Pauliny, które zajęły ją na długi czas, to zabawki kreatywne. Zwykła lalka, czy pluszowy renifer potrafią latać czy nawet grać w warcaby. Papier, nożyczki i pisak, które w małych rączkach przerodziły się w przenośne biuro: notebook z myszką, dodatkową klawiaturą i wieszanym na ścianie ekranem oraz dodatkowym zestawem kilkunastu gier, komórkę, palmtop i kilka innych akcesoriów, których już nie pomnę. Kawałek sznurka, który potrafi robić wszystko. W zasadzie znowu wydaje mi się, że dzieci też się nie zmieniły przez ostatnie tysiące lat, zatem jako dorośli nie musimy im zapewniać rozrywek w naszym stylu. To mnie jest potrzebna nowa komórka z organizerem, która ma być ładna, pamiętać o ważnych datach i spotkaniach, pokazywać drogę w trasie, pozwolić obejrzeć film i posłuchać muzyki. Bo ja oprócz radości z posiadania nowego gadżedu użyję tego do pracy. To ma usprawniać i przyspieszać moją pracę, a nie rozbudowywać kreatywność. Pozwólmy dzieciom myśleć. Papier, nożyczki, kredki, klocki, kamienie... jest tyle pięknych zabawek, które nie zestarzały się przez ostatnie kilka tysięcy lat. Czemu miałyby się zestarzeć właśnie w tym krótkim okresie początku trzeciego tysiąclecia ery Chrystusowej?
Telewizja budzi we mnie jeszcze jedno odczucie. Poczucie straconego czasu. To przecież jest czas, kiedy my dorośli także możemy wyzwalać swoją kreatywność. Wyzwalamy ją robiąc coś dla siebie, myśląc, nie myśląc, ucząc się, czy tworząc coś ciekawego. A oglądanie kilkudziesięciu minut reklam, w większości powtarzających się w jednym bloku, to przecież nie sprzyja kreatywności. Zatem wiem, że telewizja nie jest dla mnie. Wolę kupić film, który będę chciał obejrzeć, wybrać moment na jego obejrzenie - np. w czasie prasowania, czy kiedy jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o czymś kreatywnym. To lepsza inwestycja we własny rozwój, niż klikanie po kilku, czy co gorsza kilkuset programach, żeby znaleźć cokolwiek ciekawego do obejrzenia. Lepiej zapłacić za ten czas niż marnować czas lepszy, który ma dla mnie o wiele większą wartość. Zatem czekam na internetowe wypożyczalnie, od wczoraj jestem fanem ITVP, gdzie mogę obejrzeć programy dla dzieci, przyrodnicze, edukacyjne, kulinarne, czy też wiele innych. Ale oglądam je wtedy, kiedy chcę. Przewijam, przyspieszam, rezygnuję, zmieniam, kiedy mnie nudzą. To ja decyduję o tym, jak spędzam swój czas, a nie jest mi to narzucane z zewnątrz. A kiedy nie chcę oglądać, bo mam o wiele lepsze zajęcia - choćby rozmowa z Anią, spotkanie z przyjaciółmi, pisanie bloga - włączam radio PolskaStacja.pl (niestety na razie nie udało mi się uruchomić jej pod linuksem), wybieram program dostosowany do nastroju i wiem, że nie będzie mi przeszkadzał powtarzającymi się wiadomościami z polityki, gadaniem o niczym i zalewem pesymizmu. A za pomocą KalendarzaXP mogę skorzystać z gotowego agregatu międzynarodowych stacji radiowych i dla rozweselenia puścić Salsę z sky.fm, albo dla poćwiczenia angielskiego posłuchać najnowszych wiadomości z Australii na ABC News. Zatem lepszą inwestycją będzie nowy, duży monitor, niż telewizor.
Kolejnym krokiem milowym w kierunku uwolnienia mojego czasu i przekazania zarządzania nim z powrotem w moje ręce są opisywane już przeze mnie podcasty. Słucham tego, co lubię, czego chcę słuchać i co mnie interesuję. A co najważniejsze, słucham wtedy, kiedy chcę! Idąc z psem, biegając, ćwicząc, myjąc naczynia, jadąc na rowerze (nie polecam, bo to bardzo niebezpieczne!). A dla prawdziwych twardzieli są nawet wodoodporne odtwarzacze do basenu. A podcasty można znaleźć wszędzie i we wszystkich językach. Tematyka jest szeroka, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli nie znajdzie, to zawsze można samemu taki podcast nagrać i wystawić. Niech inni korzystają!
Świadomi dorosli jeszcze sobie z tym reklamowym atakiem jakoś poradzą, ale gorzej jest z dziećmi i ludźmi podatnymi. Kiedy podczas dzisiejszego poranka po raz chyba piętnasty usłyszałem o hicie tego sezonu - laleczce, której się wtyka mikrofon, żeby nagrywać karaoke, stwierdziłem, że musi się wyjątkowo nie sprzedawać, jeśli dystrybutor zakupił taką ilość reklam. Ja to wiem, ale dzieci, dziadkowie, większość ludzi pomyśli, że to doskonały pomysł na świąteczny prezent dla dziecka, jeśli tak dużo o niej słychać. No i wyczyszczą magazyny z produktu, który w normalnych, niepromowanych warunkach nie miałby szansy się sprzedać. Bo przecież większość naszych superinterakrywnych samobawiących się zabawek leży w kącie, poupychana w pudłach zabija czas tym co potrafią robić - chodzeniem, mówieniem do siebie, czesaniem loków w prawo, czy inną wymuszoną zabawą. Dzieci są kreatywne, więc zabijanie w nich kreatywności za pomocą zabawki, która umie się bawić tylko w jedną zabawę, jest jakimś nadużyciem wychowawczym.
Najfajniejsze zabawki Pauliny, które zajęły ją na długi czas, to zabawki kreatywne. Zwykła lalka, czy pluszowy renifer potrafią latać czy nawet grać w warcaby. Papier, nożyczki i pisak, które w małych rączkach przerodziły się w przenośne biuro: notebook z myszką, dodatkową klawiaturą i wieszanym na ścianie ekranem oraz dodatkowym zestawem kilkunastu gier, komórkę, palmtop i kilka innych akcesoriów, których już nie pomnę. Kawałek sznurka, który potrafi robić wszystko. W zasadzie znowu wydaje mi się, że dzieci też się nie zmieniły przez ostatnie tysiące lat, zatem jako dorośli nie musimy im zapewniać rozrywek w naszym stylu. To mnie jest potrzebna nowa komórka z organizerem, która ma być ładna, pamiętać o ważnych datach i spotkaniach, pokazywać drogę w trasie, pozwolić obejrzeć film i posłuchać muzyki. Bo ja oprócz radości z posiadania nowego gadżedu użyję tego do pracy. To ma usprawniać i przyspieszać moją pracę, a nie rozbudowywać kreatywność. Pozwólmy dzieciom myśleć. Papier, nożyczki, kredki, klocki, kamienie... jest tyle pięknych zabawek, które nie zestarzały się przez ostatnie kilka tysięcy lat. Czemu miałyby się zestarzeć właśnie w tym krótkim okresie początku trzeciego tysiąclecia ery Chrystusowej?
Telewizja budzi we mnie jeszcze jedno odczucie. Poczucie straconego czasu. To przecież jest czas, kiedy my dorośli także możemy wyzwalać swoją kreatywność. Wyzwalamy ją robiąc coś dla siebie, myśląc, nie myśląc, ucząc się, czy tworząc coś ciekawego. A oglądanie kilkudziesięciu minut reklam, w większości powtarzających się w jednym bloku, to przecież nie sprzyja kreatywności. Zatem wiem, że telewizja nie jest dla mnie. Wolę kupić film, który będę chciał obejrzeć, wybrać moment na jego obejrzenie - np. w czasie prasowania, czy kiedy jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o czymś kreatywnym. To lepsza inwestycja we własny rozwój, niż klikanie po kilku, czy co gorsza kilkuset programach, żeby znaleźć cokolwiek ciekawego do obejrzenia. Lepiej zapłacić za ten czas niż marnować czas lepszy, który ma dla mnie o wiele większą wartość. Zatem czekam na internetowe wypożyczalnie, od wczoraj jestem fanem ITVP, gdzie mogę obejrzeć programy dla dzieci, przyrodnicze, edukacyjne, kulinarne, czy też wiele innych. Ale oglądam je wtedy, kiedy chcę. Przewijam, przyspieszam, rezygnuję, zmieniam, kiedy mnie nudzą. To ja decyduję o tym, jak spędzam swój czas, a nie jest mi to narzucane z zewnątrz. A kiedy nie chcę oglądać, bo mam o wiele lepsze zajęcia - choćby rozmowa z Anią, spotkanie z przyjaciółmi, pisanie bloga - włączam radio PolskaStacja.pl (niestety na razie nie udało mi się uruchomić jej pod linuksem), wybieram program dostosowany do nastroju i wiem, że nie będzie mi przeszkadzał powtarzającymi się wiadomościami z polityki, gadaniem o niczym i zalewem pesymizmu. A za pomocą KalendarzaXP mogę skorzystać z gotowego agregatu międzynarodowych stacji radiowych i dla rozweselenia puścić Salsę z sky.fm, albo dla poćwiczenia angielskiego posłuchać najnowszych wiadomości z Australii na ABC News. Zatem lepszą inwestycją będzie nowy, duży monitor, niż telewizor.
Kolejnym krokiem milowym w kierunku uwolnienia mojego czasu i przekazania zarządzania nim z powrotem w moje ręce są opisywane już przeze mnie podcasty. Słucham tego, co lubię, czego chcę słuchać i co mnie interesuję. A co najważniejsze, słucham wtedy, kiedy chcę! Idąc z psem, biegając, ćwicząc, myjąc naczynia, jadąc na rowerze (nie polecam, bo to bardzo niebezpieczne!). A dla prawdziwych twardzieli są nawet wodoodporne odtwarzacze do basenu. A podcasty można znaleźć wszędzie i we wszystkich językach. Tematyka jest szeroka, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli nie znajdzie, to zawsze można samemu taki podcast nagrać i wystawić. Niech inni korzystają!
środa, 13 grudnia 2006
Atak informacji
Zatem po prawie roku kontynuuję myśl, rozpoczętą w artykule Może informacji.
W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. W zasadzie informacji przybyło tak że coraz więcej ludzi nie jest w stanie nie tylko jej ogarnąć, ale nawet przefiltrować. Obawiam się, że w tym nadmiarze wkrótce poruszać się będą tylko nieliczni. Wyszukiwarki już nie radzą sobie z odnalezieniem poszukiwanej informacji. Dobre do tej pory algorytmy wyszukiwania i pozycjonowania informacji stają się bezużyteczne. Google pewno już od dawna pracuje nad nowym silnikiem wyszukiwania, bo obecny przestaje się sprawdzać. Zwykle przeglądamy kilka pierwszych linków, a coraz częściej te są zupełnie nie związane z tematem zainteresowań. Ale pojawiają się pierwsze, bo dobrze zostały przez kogoś zaindeksowane i są wyjątkowo popularne. A tą popularność napędza im właśnie wyszukiwarka. Zatem nasz pomysł sprzed kilku lat, żeby oferować płatne usługi wyszukiwania informacji w Internecie, może mieć teraz szanse powodzenia. Dopóki zawodowi szukacze nie zginą w gąszczu informacji-śmieci.
Informacje-śmieci produkowane są przez wszystkich. Bo teraz każdy ma dostęp do publikowania, każdy może pisać i co gorsza, każdy może to czytać. Z jednej strony dziennikarstwo obywatelskie, gdzie każdy może napisać artykuł, który będzie opublikowany i promowany, z drugiej strony będą się pojawiać sprawy o obrazę, zniesławienie, pomówienie, jak ostatnio dziewczyny z Libiąża. Napisała kilka słów komentarza na temat nowego burmistrza - może pijana była, może ją nerwy poniosły. A Internet jest pamiętliwy i ogólnie dostępny. Słowa można puszczać na wiatr, ale słowo zapisane w Internecie zostaje. I potem "czynny żal" nie pomoże.
A, co gorsza, ta informacja sama pcha się do naszych umysłów. Ludzie ludziom zgotowali ten los, chciałoby się powiedzieć. Powiadomienia o wiadomościach, kanały RSS, wyskakujące okienka informujące o przychodzących mailach, wszechobecne komórki, które tak trudno wyłączyć "bo może ktoś chcieć zadzwonić". Stres związany z nieodebranym połączeniem, kiedy numer się nie identyfikuje. Dawniej informacji trzeba było szukać. Dostawaliśmy tylko tą informację, o którą się postaraliśmy, którą chcieliśmy wyciągnąć. I przecież tak to powinno wyglądać. Nie człowiek jest uzależniony od informacji, ale ona od niego. To my chcemy posiąść tą informację, której szukamy. Pozostała jest nadmiarem. Czy umysł jest chłonny na tyle, żeby ten nadmiar przefiltrować? Przez tysiąclecia wykształciliśmy go w inny sposób, więc upatruję tu duże niebezpieczeństwo. Coraz więcej będzie zmęczonych, którzy zachłyśnięci mnogością informacji będą cierpieli z tego powodu, że nie będą jej mogli w całości przyswoić. A stąd tylko jeden krok do szaleństwa. Przecież od naszych jaskiniowych przodków nie różnimy się tak bardzo.
W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. W zasadzie informacji przybyło tak że coraz więcej ludzi nie jest w stanie nie tylko jej ogarnąć, ale nawet przefiltrować. Obawiam się, że w tym nadmiarze wkrótce poruszać się będą tylko nieliczni. Wyszukiwarki już nie radzą sobie z odnalezieniem poszukiwanej informacji. Dobre do tej pory algorytmy wyszukiwania i pozycjonowania informacji stają się bezużyteczne. Google pewno już od dawna pracuje nad nowym silnikiem wyszukiwania, bo obecny przestaje się sprawdzać. Zwykle przeglądamy kilka pierwszych linków, a coraz częściej te są zupełnie nie związane z tematem zainteresowań. Ale pojawiają się pierwsze, bo dobrze zostały przez kogoś zaindeksowane i są wyjątkowo popularne. A tą popularność napędza im właśnie wyszukiwarka. Zatem nasz pomysł sprzed kilku lat, żeby oferować płatne usługi wyszukiwania informacji w Internecie, może mieć teraz szanse powodzenia. Dopóki zawodowi szukacze nie zginą w gąszczu informacji-śmieci.
Informacje-śmieci produkowane są przez wszystkich. Bo teraz każdy ma dostęp do publikowania, każdy może pisać i co gorsza, każdy może to czytać. Z jednej strony dziennikarstwo obywatelskie, gdzie każdy może napisać artykuł, który będzie opublikowany i promowany, z drugiej strony będą się pojawiać sprawy o obrazę, zniesławienie, pomówienie, jak ostatnio dziewczyny z Libiąża. Napisała kilka słów komentarza na temat nowego burmistrza - może pijana była, może ją nerwy poniosły. A Internet jest pamiętliwy i ogólnie dostępny. Słowa można puszczać na wiatr, ale słowo zapisane w Internecie zostaje. I potem "czynny żal" nie pomoże.
A, co gorsza, ta informacja sama pcha się do naszych umysłów. Ludzie ludziom zgotowali ten los, chciałoby się powiedzieć. Powiadomienia o wiadomościach, kanały RSS, wyskakujące okienka informujące o przychodzących mailach, wszechobecne komórki, które tak trudno wyłączyć "bo może ktoś chcieć zadzwonić". Stres związany z nieodebranym połączeniem, kiedy numer się nie identyfikuje. Dawniej informacji trzeba było szukać. Dostawaliśmy tylko tą informację, o którą się postaraliśmy, którą chcieliśmy wyciągnąć. I przecież tak to powinno wyglądać. Nie człowiek jest uzależniony od informacji, ale ona od niego. To my chcemy posiąść tą informację, której szukamy. Pozostała jest nadmiarem. Czy umysł jest chłonny na tyle, żeby ten nadmiar przefiltrować? Przez tysiąclecia wykształciliśmy go w inny sposób, więc upatruję tu duże niebezpieczeństwo. Coraz więcej będzie zmęczonych, którzy zachłyśnięci mnogością informacji będą cierpieli z tego powodu, że nie będą jej mogli w całości przyswoić. A stąd tylko jeden krok do szaleństwa. Przecież od naszych jaskiniowych przodków nie różnimy się tak bardzo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)