sobota, 1 maja 2010

Ludzkość, kurwa, ludzkość

Może powoli zbliżam się do tego egoizmu, bo dawno nie pisałem.

Ludzie są egoistami. Myślą tylko o sobie i swojej przyjemności. Spełnieniu siebie.

Zdarza się taki defekt jak altruista. Biedak myśli o innych, wierzy, że sprawi radość i szczęście innym, kiedy będzie dobry, miły, fajny. Czasem dojrzewa, czasem umiera w tej nieświadomości. Tych umarłych nazywamy świętymi, mistrzami, etc.

Ale ciekawe jest to, że największych egoistów też nazywamy Mistrzami,. Przewodnikami Duchowymi, Guru, szefami firm. Te skurwysyny, które myślą tylko o osobie, są w rzeczywistości ludźmi, którzy napędzają postęp, popychają do przodu ludzkość. Biedni altruiści zdychają wykorzystani do woli przez pół-egoistów. Bo prawdziwi egoiści wykorzystują wszystkich - nie schylają się do wykorzystania najłatwiejszych ofiar. Tą małą satysfakcję pozostawiają maluczkim. Sobie biorą najtrudniejsze przypadki.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Jak ściągnąć zabezpieczenie z ubrań

No i znowu muszę napisać kilka słów porady na ten temat. Patrzę na statystyki bloga i martwi mnie to że wciąż odwiedzają go ludzie, którzy chcą oszukiwać i okradać innych. Przecież najprostszym sposobem ściągnięcia zabezpieczenia z ubrania jest jego kupienie. A wcale nie musicie kupować wszystkiego w pełnej cenie. Teraz sklepy walczą o klientów, nawet tych mniej zamożnych, których nie stać na drogie ubrania. Wprowadzają ciągłe wyprzedaże, obniżki, promocje. Sam zwykle kupuje na wyprzedażach, bardzo rzadko zdarza mi się kupić coś w pełnej cenie. Warto poszukać w kilku różnych sklepach. Zatem uważam, że da się zaoszczędzić na kupnie ubrania, bez okradania sklepu, który usiłuje zarobić na sprzedawaniu rzeczy.
Uwierzcie mi, kochani złodzieje ubrań, że sprzedaż to ciężka praca. Tak samo zapewne jak Wasza. Haruje nie tylko sprzedawca, który stoi i uśmiecha się do marudzących klientów przez 12 godzin. Właściciel sklepu też nie próżnuje w domu, albo u kosmetyczki. Całymi dniami stara się aby jego sprzedawcy mogli otrzymać pensję. Bo ta pensja nie bierze się z nikąd. Ona wynika wprost z marży na sprzedanym produkcie. Choćby walka o rabaty i zniżki, to ciężka i żmudna praca. Bez wdawania się w szczegóły twierdzę, że właściciel sklepu pracuje zwykle nawet bardziej intensywnie niż jego sprzedawcy, choć tego na pierwszy rzut oka nie widać.
A zatem okradając sklep, okradacie najbardziej sprzedawców i poniekąd też siebie, bo sklepy wliczają sobie w marżę straty na produktach.

Stąd mój apel: Nie szukaj sposóbów jak ściągnąć zabezpieczenie z ubrania. Popatrz na tą miłą dziewczynę, którą właśnie w ten sposób okradasz, pomyśl, czy warto. Lepiej zapytaj ją o rabat, promocję, albo najbliższą obniżkę.

Dziękuję Ci, bezimienny Czytelniku.

niedziela, 21 czerwca 2009

Nareszcie

Byłem dzisiaj w Carrefour'rze. Pierwszy raz od dawna, bo ostatnio rzadko pojawiamy się w centrach handlowych i marketach. Mile zaskoczony byłem samoobsługową kasą, która pojawiła się pośrodku rzędu kasjerów. Czyżby usługa specjalnie dla powracających z Anglii Polaków? Bo nie podejrzewam lokalnych mieszkańców o chęć samodzielnego kasowania towarów. Kasa była pusta, choć przy innych kolejki, jak w niedzielny wieczór. Bo w Carrefour'rze w niedzielę ok 19:00 jest więcej ludzi niż w kościele na Czyżynach. Nowy kult nie boi się nawet kryzysu.
A kryzys widać bardzo dokładnie w sklepowych wózkach. Nie kpię sobie tutaj, bo rzeczywiście ludzie kupują ostatnio znacznie tańsze produkty. Coraz więcej jest w koszykach produktów z marką marketu. Zmianę widać chyba też na sklepowych półkach. Dawniej tańszych marketowych zamienników było niewiele, teraz czasem zajmują sporą półkową powierzchnię. Chyba producenci markowych towarów nie są skłonni płacić już "półkowe" tak chętnie jak dawniej. Myślę, że nawet chętniej produkują pod marką własną marketu. Mogą zaoszczędzić na jakości, składnikach, reklamie i opakowaniu. A sprzedawać trzeba, żeby bank nie zażądał natychmiastowej spłaty kredytu jak w Monnari. Lepiej sprzedać cokolwiek, niż nic, albo nie wyrobić na utrzymanie firmy.
Przy okazji nasunęła mi się taka myśl. Wdzięczny jestem Multibankowi, że nie dał nam kredytu. Teraz nie musimy się zamartwiać jego spłatą walcząc o przetrwanie w kryzysie, a przy okazji uporządkowaliśmy nasze biznesy. Mamy więcej czasu dla siebie, na myślenie i rozwój. Ale nie każdy miał to szczęście. Choć ci, którzy mają kapitał, radzą sobie lepiej i jeszcze jakiś czas radzić sobie będą. Ja tylko muszę tłumaczyć się znajomym z tego, że znowu pracuję w firmie, zamiast rozkręcać biznes. Bo wiele bardziej zamożnych osób nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że polski kryzys to nie tylko medialna plotka, nie tylko młyn na wodę tabloidów, ale realne zagrożenie dla wielu słabszych firm, które nie mają potężnego kapitału na przetrzymanie kilku chudych lat.

No ale miałem pisać o samoobsługowych kasach. Nareszcie pojawiły się także i u nas w Polsce. I to w Hucie! Co prawda z punktu widzenia marketu koszt obsługi takiej kasy samoobsługowej jest wyższy, niż koszt kasy z kasjerem, ale dla mnie to duża wygoda. Nie przeszkadzają mi dwaj ochroniarze i szefowa kas, którzy dyszą mi za plecami i sprawdzają, czy przepuściłem przez czytnik każdy z produktów. Bo to sensacja, że ktoś zdecydował się skorzystać z tej kasy! Nie przeszkadza mi nawet to, że muszę wsadzić w tajemniczy terminal swoją kartę kredytową. W końcu nawet nie wypuszczam jej z ręki, a terminal wygląda na zintegrowany ze sklepową kasą. Jeśli dalej będzie to działało tak jak teraz, to wyrobię sobie kartę Carrefour. Bo oprócz tego zabezpieczenia, że nie muszę płacić ze swojego konta, to ona daje dodatkowy rabat przy zakupach, chyba bez kosztów. A żaden grosz nie śmierdzi, więc warto mieć dodatkowy plastik w portfelu za te 5%, które w skali miesiąca robi przyzwoite pieniądze.

No dobra, wracajmy do naszych baranów. Jeszcze kilka miesięcy temu w Prestwick w Szkocji z zazdrością patrzyłem w Tesco na ludzi, którzy w samoobsługowej kasie szybko załatwiali swoje sprawunki, omijając kolejkę. Myślałem, że jeszcze jakiś czas będę czekał w kosmicznych kolejkach w naszych polskich marketach. A tu niespodzianka. Bez kolejki przepuszczam towary przez skaner, sam płacę kartą. Robię to szybciej niż sprzedawcy z temp service i sprawdzam każdą cenę, bo kasa mi ją czyta na głos. Nawet nie muszę patrzeć na wyświetlacz, jeśli przesuwam towary odpowiednio powoli, żeby kasa wydusiła te swoje "dwa złote, czterdzieści groszy". Teraz tylko mam nadzieję, że nie będzie wielu chętnych do takiej samoobsługi. Bo wtedy także tutaj zrobi się kolejka. A co drugi "samoobsługowiec" będzie wzywał obsługę, bo nie poradzi sobie z towarem, albo będzie zgłaszał reklamację. Ale jak zwykle jest to konflikt interesów. Bo jeśli nie będzie chętnych na usługę "samoobsługi", to kasy zlikwidują.

Zatem jak zwykle trzymam kciuki za to, żeby chętnych na usługę było odpowiednio dużo, żeby była rentowna, ale także odpowiednio mało, abym mógł z niej korzystać chętnie.

poniedziałek, 18 maja 2009

Nietwórcza nieenergia

Wiele czasu minęło, odkąd ostatni raz logowałem się do bloggera. W tym czasie działo się tak wiele, że po prostu nie miałem czasu pisać. Bo obecnie życie pędzi w tak zawrotnym tempie, że przestajemy czasem zwracać uwagę na rzeczy najważniejsze, a rozdrabniamy się na wiele aktywności, które w rzeczywistości nie dodają wiele naszemu szczęściu, a wysysają z nas soki.
Dzisiaj rano słyszałem w Trójce, że ludzie coraz szybciej chodzą. Szczególnie w dużych miastach. Kraków też należy do miast, w których ludzie stawiają kroki coraz szybciej. Robert Korzeniowski twierdzi, że robią to coraz bardziej technicznie. A ja twierdzę, że chyba trochę gubimy się w tym pędzie. Za wiele rzeczy chcemy zrobić i zdążyć w zbyt wiele miejsc. Co z tego że technicznie lepiej chodzimy. Ale to, że chodzimy szybciej, zaczyna być problemem. Oznacza to, że przestajemy umieć spacerować. Powoli przestawiać nogi, ciesząc się światem dookoła i rytmem własnego serca. Zamiast rytmu serca, czujemy tupot własnych stóp. Sam czasem łapię się na tym, że cieszy mnie to, kiedy moje buty stukają w szybkim rytmie. Pędzę gdzieś szybkim krokiem, bo muszę szybko załatwić sprawy. Przemieszczam się szybko po budynku, przez co mocniej stawiam stopy. Gdzie to bezszelestne tygrysie poruszanie? Kiedyś cieszyło mnie i sprawiało mi przyjemność, że potrafię chodzić cicho i miękko stawiać kroki. A teraz chodzę jak jeden z moich nieulubionych wiceprezesów-pracocholików. Jeszcze brakuje mi tego, żeby wstawać o piątej aby przeczytać maile. Stracę wtedy całkowicie radość życia. A moje ulubione hasło straci znaczenie.

Ale wrażenie, które uczyniły na mnie moje kroki i słowa redaktora radiowej Trójki, skłoniły mnie do powrotu do dawnego sposobu myślenia. Trzeba wybrać, co jeszt najważniejsze i realizować właśnie to. Afirmacja życia, cieszenie się dniem, wspólnym "nicnierobieniem" czasem jest ważniejsze i sprawia ostatecznie więcej przyjemności, niż aktywny, przepełniony wydarzeniami dzień. I "Carpe Noctem".

Boję się tego, że jednak gubimy się w tym życiowym pędzie i zapominamy o własnych postanowieniach i przemyśleniach. Paulina i Nadia nie potrafią już spędzać relaksującego dnia bez jakiegoś planu, bez aktywności. Kiedy mają za dużo czasu, nudzą się, zaczynają fiksować. Kłócą się, generują jakieś sztuczne konflikty. Jakby przeszkadzała im cisza. Jakby nie dało się na kilkanaście czy kilkadziesiąt minut zatrzymać, skupić na sobie.

Dlatego właśnie kończę pisać teraz, kiedy na zegarze mojego komputera pojawiły się cztery zera. Nie będę sprawdzał tego felietonu, jeśli stylistycznie będzie zamotany,zagmatwany, zrzucę to na karb pośpiechu życiowego. A przecież jeśli jest jakiś czytelnik mojego bloga, może mnie poprawić, zapytać o sens wypowiedzi, zwrócić uwagę. To nie książka w nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Nie pójdzie do przemiału z powodu błędu stylistycznego, logicznego czy luki w rozumowaniu. Po prostu to poprawię.
Dobrej nocy i spokojnych snów.

piątek, 19 grudnia 2008

Komunikacja w erze informacji

Bardzo dawno nie pisałem, ale wiele działo się rzeczy, które nie pozwalały mi skoncentrować się na pisaniu. A lepiej nic nie napisać, niż napisać z dużym wysiłkiem coś, czego nie będzie się chciało samemu czytać. Ale taka przerwa też powoduje, że minie trochę czasu zanim wrócę do formy. Jak ładnie to ujął w napisanym po dłuższej przerwie najnowszym poście Mike Cannon-Brookes - pisanie jest jak mięsień, trzeba trenować, bo inaczej umiejętność zanika.

Ale miałem pisać o komunikacji. Kiedyś chyba ludzie umieli się komunikować znacznie lepiej niż teraz. Lubili się komunikować i robili to bardzo często. Cały przekaz informacji był przekazem bezpośrednim, z ust do ust. Starzy wieczorami opowiadali młodym historie, które miały uczyć i edukować. Bardowie jeździli z wioski do wioski i w karczmach śpiewali pieśni o sławnych wojach, o dawnych czasach, o wielkich wydarzeniach. Księża z ambon głosili pouczające kazania. Ludzie otrzymywali sporo mniej informacji niż teraz, ale była ona przekazywana w przemyślany sposób i przez ekspertów w tej dziedzinie. Popularność zdobywali ci, którzy potrafili opowiedzieć coś mądrego, i zrobić to w sposób budzący zaciekawienie. Kiepscy bardowie nie mieli audytorium, złych księży ludzie nie chcieli słuchać. Teraz każdy może publikować co chce. Nikt nie weryfikuje jakości, bo każda publikowana informacja zostaje gdzieś w zakamarkach Internetu. Ludzie trafiają na nią choćby przypadkiem. Co prawda mamy Page Rank, pozycję w wyszukiwarkach, narzędzia które pozycjonują i wartościują informacje na podstawie ich popularności, ale robią to jednak narzędzia a nie ludzie. Brakuje interakcji między mówcą i słuchaczem, zaciekawienia, które towarzyszyło opowieściom przy kominku, bezpośredniego przekazu. Nawet w kościele ludzie nie słuchają już kazań tak jak dawniej, bo karmieni są wielką ilością informacji z telewizji i radia. I kaznodzieja nie jest już autorytetem i jedynym źródłem mądrości. Bo mądrość przestała być lokalnym dobrem. Teraz każdy ma na nią apetyt i każdy chce się dzielić nią z innymi, publikując blogi, pisząc wiadomości na portalach społecznościowych, zostając niezależnym redaktorem portalu czy wortalu, czy guru na liście dyskusyjnej. I siedzimy przy komputerach, sprzedając posiadane przez nas informacje, a stare media korzystają z nich, bardziej wierząc już publikacjom z Internetu niż własnym dzienikarzom. Stąd powstają gwiazdy jednej chwili, popularność zdobywają ludzie, którzy nic mądrego nie wnoszą do naszej ziemskiej kultury i cywilizacji, ale są na ustach lokalnych mędrców internetowych i Page Rank z ich nazwiskiem rośnie.

I tutaj pojawiają się dwa problemy. Jeden to wiarygodność źródeł, drugi to nadmiar informacji.
Wiarygodność źródeł zawsze była tematem dyskusyjnym, bo bardowie przeinaczali historie, skąd rodziły się smoki, waleczni rycerze potrafiący jednym ciosem miecza ściąć tysiąc głów i inne bajkowe historie. Kaznodzieje także manipulowali lokalną społecznością, bo "ciemny lud" nie miał jak zweryfikować prawdziwości źródła. Ale jednak nie mogli oni za bardzo manipulować lokalną społecznością, bo ludzie komunikowali się ze sobą i weryfikowali słuszność i prawdziwość otrzymanych informacji. Teraz bardziej wierzymy Internetowi niż lokalnym mówcom i nie chcemy ich słuchać, bo wszystko możemy sobie przeczytać w Internecie. A bardziej przemawiają do nas głupie komentarze nastolatków, pojawiające się pod popularnymi artykułami niż mądre milczenie starszych, doświadczonych ludzi. Nie widzimy przecież milczącej dezaprobaty pod postem...

Nadmiar informacji zaczyna być męczący. Atakuje nas radio, telewizja, gazety, portale. Wszystkie media podają swoją wersję wydarzeń lokalnych i tych z drugiego końca świata. My nadal ciekawi wieści z dalekich krain próbujemy słuchać, ale w końcu jesteśmy już zmęczeni nadmiarem i czasem sprzecznymi przekazami. Przestajemy słuchać, wierzyć, zapamiętywać. Umykają nam informacje ważne na rzecz tych, które łatwo zapamiętać, a które są sensacją na miarę zdradzania starego Boryny przez młodą, figlarną Jagnę.

Ten nadmiar źródeł informacji i niewiara w te źrodła powodują nowy problem. Ludzie przestają być istotami społecznymi. Już nie garniemy się do spotkań towarzyskich. Imprezy w stylu gawęd i opowieści odchodzą powoli do lamusa. Na dyskotekach i nawet w kawiarniach muzyka jest tak głośna, że nie da się rozmawiać. Po południu włączamy telewizor, aby wysłuchać dzisiejszych wiadomości ze świata. Ludzie coraz rzadziej umawiają się na spotkania sąsiedzkie i towarzyskie. A przecież to jest w naturze ludzkiej. W plemiennej naturze naszych przodków są wspólne spotkania przy ognisku, opowieści, gawędy, dyskusje. Historie o dalekich podróżach i mistycznych wydarzeniach. Dyskusje o lokalnej społeczności, wydarzeniach z naszej klatki, osiedla.

A zatem zamiast siedzieć przy komputerze i czytać publikacje niesprawdzonych autorytetów, wpadnijcie na herbatę. A jeśli w tym celu przebędziecie dwa tysiące kilometrów, to spotkanie będzie bardziej jeszcze wartościowe dla nas wszystkich. Pokażemy sobie nawzajem jak wygląda codzienne życie w różnych rodzinach, w różnych miejscach ziemi. Dowiemy się tego z najbardziej sprawdzonego źródła.

sobota, 29 listopada 2008

Podróże - małe były, teraz duże

Dima zamieścił na swojej stronie fajną inetaktywną mapkę. Akurat w sam raz jak dla mnie. Postaram się ją uzupełniać i kolorować kolejne kraje. Jak widać Europa jest już całkiem nieźle zagospodarowana, pozostają pozostałe kontynenty...


aak odwiedził 18 krajów (8%)
Stwórz własną mapę odwiedzonych miejsc świata

Co prawda 8% nie brzmi imponująco, ale postaramy się skupić trochę bardziej na poszerzeniu ilości odwiedzonych miejsc.

poniedziałek, 6 października 2008

Internetowe know-how

Od czasu do czasu z zaciekawieniem oglądam sobie w google analytics słowa kluczowe, które przywodzą do mojego blogu czytelników. Czasem budzi to rozbawienie, czasem wzruszenie, czasem lęk. Ludzie szukają w Internecie przeróżnych rzeczy. Są tacy, dla których Internet jest miejcem magicznym, gdzie można znaleźć porady na temat obsługi tego tajemniczego pudełka, którym jest komputer:
  • "none support mode" -problem z moją kartą TV, rozwiązanie przetłumaczone przeze mnie i google translate z chińskiego;
  • neostrada na koreańskim systemie - tego nie rozwiązywałem, opisałem tylko instalację wlan;
  • jak sie wysyla linka - tego sobie nie przypominam;
  • mój komputer z nowości dobrze chodził a teraz coraz wolniej - też nie wiem dlaczego pytający trafił właśnie do mnie, ale mam nadzieję że jakąś odpowiedź znalazł

Niektóre pytania są miłe i intrygujące. Nie jestem w stanie ich zwykle skomentować:
  • Babcia Krysia
  • najfajniejsze zabawki
  • przykład opowiadania wakacje pod namiotem

Inne zapytania są wyjątkowo ciekawe:
  • jak wygląda obsługa klienta ktury płaci kartą w kasie film pokazowy
  • zarobki w irobot
  • dziewczyna z libiaza

A jeszcze inne sprawiają, że zaczynam bardziej myśleć o ogromie wiedzy, która w Internecie jest, a którą można wykorzystać w sposób zarówno dobry, jak i zły. Informacja z natury jest neutralna. To ludzie znajdują zastosowanie dla informacji:
  • jak ściągnąć zabezpieczenie sklepowe z ubrania
  • kody aktywacyjne do itvp
  • kamera bezprzewodowa kolonia podglądanie dziewczyn
  • sprawa za obrazę wychowawcy
To tylko kilka przykładów z ostatnich dni. A mam ich więcej, bo zmieniają się one z tygodnia na tydzień, kiedy ludzie poszukują w bezmiarze Internetu nowej, potrzebnej w danym momencie wiedzy.

sobota, 6 września 2008

Bajdy i bujdy

Kupiłem ostatnio "Władcę Pierścieni" w formie audiobooka. Trzy płyty w mp3 - kilkadziesiąt godzin słuchowiska, uczty dla uszu. Doskonałe tłumaczenie, świetny lektor. Nie pamiętam teraz kto czyta, ale świetny głos. Wydanie "Focusa", warte zakupu.
Ale nie o tym chciałem. Słuchanie książki, opowiadającej o dawnych czasach, wywołuje we mnie pewne spostrzeżenia. Dawniej ludzie dużo ze sobą rozmawiali. Częste były spotkania, w trakcie których bajarze opowiadali bajki, historie z życia i zmyślone. Spotkania ze śpiewaniem przez wędrownych bardów opowieści o dalekich krajach, dawnych wydarzeniach. Bo zawsze ciekawiło ludzi to, co dzieje się poza naszą wioską, poza naszym krajem. Historie z krain nieznanych, dalekich i niedostępnych. A właściwie dostępnych tylko dla garstki szaleńców, którzy odważyli się lub musieli wędrować przez dalekie i niebezpieczne kraje, wędrować wiele dni i miesięcy, żeby zobaczyć coś nowego i innego.
Dzisiaj przepływ informacji jest zbyt prosty. Jeśli chcę wiedzieć o tym, co działo się dziś rano w Kazachstanie czy Australii po prostu otwieram komputer, czytam najnowsze wieści. Parę lat temu informacja była tylko trochę bardziej opóźniona, bo o wszystkim mogłem usłyszeć w telewizji, radio, czy przeczytać w gazecie. Bo dostęp do mediów jest dziś powszechny. Bo każdy potrafi czytać, i (co gorsza ;-) prawie każdy potrafi pisać. No i tracimy potrzebę spotykania, słuchania innych, rozmowy. Bo o wszystkim możemy dowiedzieć się z mediów, które informację przekazują w sposób "bardziej profesjonalny". Choć czy tak na prawdę o to chodzi? Czy potrzebujemy wiedzieć wszystko i od razu? Czy spotkania towarzyskie, rozmowy o dalekich krajach, o ludziach, którzy myślą i mówią w inny sposób nie są ciekawsze? Bo przecież w większości ta wiedza nie jest nam potrzebna, albo jest potrzebna tylko dla zaspokojenia ciekawości świata. A najważniejszy w tym wszystkim jest osobisty kontakt i osobiste, wspólne uczestnictwo.
Ale są ludzie, którzy mają potrzebę spotykania się, rozmawiania z ludźmi z dalekich krajów, którzy lubią opowiadać i słuchać. Tęsknota za bajarzami, nomadami, wędrowcami z dalekich krain objawia się w tworzeniu organizacji, których ideą przewodnią jest rozmowa i spotkanie. Organizacje takie jak Servas, które promują wymianę myśli i spostrzeżeń, które realizują potrzebę rozmawiania i spotykania się z obcymi.
I tutaj każdy ma wybór. Czy wolę patrzeć w telewizor, podążać za ciągiem spreparowanych, wyselekcjonowanych i skomentowanych informacji ze świata, czy chcę być jak nasi przodkowie słuchaczem bardów, wędrownych wojów, którzy opowiedzą opowieści ze swoich podróży i dalekiego świata?
Ja wolę słuchać i rozmawiać. I podróżować. I mieć o czym opowiadać.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Jak kto targuje, tak żyje

Mieliśmy okazję być na targach outdoor dwa razy w te wakacje. Najpierw we Frierichshafen, na ogólnoświatowych targach w Niemczech, teraz na ogólnopolskich targach w Kielcach. Wiem dlaczego w Niemczech targi są ogólnoświatowe, a w Polsce "ogólnopolskie". Wiem dlaczego polski outdoor wciąż wygląda tak, jak wygląda. Dlaczego Polacy tak słabo rozwijają się sportowo.
Nie chodzi tu wcale o infrastrukturę targową. Hale tu i tam były przygotowane bardzo dobrze. Toalety w Kielcach nawet bardziej mnie zaskoczyły niż w Niemczech swoją czystością, przestronnością, komfortem. Ale chodzi o mentalność i atmosferę. Polacy nie potrafią kończyć, zrealizować czegoś do końca. Na targi we Friedrichshafen jechaliśmy jak po sznurku w środku nocy. Bez problemu znaleźliśmy miejsce, darmowe miejsca do parkowania, mili Parkingowi kierowali tam, gdzie najlepiej i najwygodniej zaparkować. W Kielcach kilka razy jeździliśmy tam i z powrotem, żeby domyślić się wreszcie, gdzie może być parking targowy. Jeden przed wejściem - samochody bezładnie porzucone, swobodnie stanęło by tam jeszcze jakieś 30-40% więcej, gdyby wszyscy parkowali z myślą o innych, a nie tylko o zajęciu jakiegoś miejsca. Parking płatny - 10PLN, czyli ponad 3EUR. Drugi parking, na terenie targów, trochę tańszy, 8PLN. Stanęliśmy na wolnym, choć dosyć ciasnym miejscu. Parkingowy podszedł i powiedział, że wiele osób nie chciało tu stanąć, bo mówili, że się nie da. A że "panów wystawców przestawić się nie da, bo powiedzą, że nie umieją inaczej wyjechać, tyłem nie potrafią, albo że przyjechali, więc nie będą już auta przestawiać". I stoją trzy dni, blokując kilka dobrych miejsc. Bo myślenie o innych nie jest w nas zakorzenione.

Targi niemieckie zaskakują organizacją. Bilety o cenie dosyć zaporowej, 15EUR, żeby przygodni widzowie nie wchodzili po łupy i gadżety. W cenie gruby katalog, mapa i parking. W Kielcach wstęp płatny 30PLN, do tego katalog za drugie tyle i parking płatny osobno. No cóż. Na szczęście jesteśmy z ramienia firmy, więc nie płacimy, wystarczy zostawić wizytówkę. Oprawki do identyfikatorów się skończyły, więc wieszamy je na paskach od naszych aparatów. Katalogu nie bierzemy, bo tutaj mamy swój cel. Zresztą odbita na ksero mapka pokazuje, że trzy hale jesteśmy w stanie łatwo przejść. Mapa w Niemczech, wydrukowana w katalogu, każda hala na osobnej stronie, hal chyba osiem. Tego już nie dało się łatwo objąć. No ale to trochę inna ranga imprezy, większa ilość wystawców i gości. Ale Polacy mogli się trochę postarać, przynajmniej wydrukować mapki. Wystawcy by chętnie zapłacili parę złotych więcej za możliwość umieszczenia swojego logo na ładnej mapie terenów targowych.
Ciekawe było dodatkowe zastosowanie identyfikatorów we Friedrichshafen. Wydrukowaliśmy je sobie wcześniej, rejestrując się w Internecie, więc mieliśmy nasze nazwiska i nazwę firmy. I tajemniczy kod paskowy. Jak się okazało, był on skanowany na wejściu i przy niektórych stoiskach. Nie trzeba było zostawiać wizytówek, firmy wiedziały kto się u nich pojawił, ile czasu spędził.

Ok, idziemy po targach. W Niemczech radosna atmosfera. Wszyscy się do siebie śmieją, na każdym stoisku jesteśmy witani mile, mimo że wyglądamy jak typowi łowcy gadżetów - mama, tata i dwie rozbrykane córeczki, które wchodzą w każdy kąt i dotykają wszystkiego. Ale wielokrotnie rozmawiamy z jednym z przedstawicieli firmy, a inny w tym czasie obdarowuje nasze dzieci prezentami. W Kielcach czuje się jakąś wrogość między stoiskami. Przecież obok wystawia się nasza konkurencja, która próbuje nam zabrać rynek. A goście - oni też są podejrzani, bo mogą być szpiegami. Jeszcze wybadają, co chcemy zaoferować w przyszłym roku? Albo zjedzą nam wszystkie krówki? Ech, najgorzej wypadły firmy, które w Niemczech miały piękne, wielkie stoiska zrobione z fantazją. Polscy przedstawiciele jakby nie chcieli się pochwalić tym, co będzie sprzedawane. Nie chcę tu tworzyć rankingu najgorszych. Oni i tak co chwilę muszą zmieniać swoją markę, ukrywać się za nowymi nazwami, próbując złapać nowych klientów. Od nich i tak firmy odejdą, zabiorą swoje logo do lepszych, bardziej chętnych do współpracy dystrybutorów. Albo ostatecznie założą polskie przedstawicielstwo, żeby odbudować markę.

Jedynie nasi ulubieni dostawcy pokazali ładne stoiska. Tatonka zaskoczyła nas najmilej. Przestrzenią, prezentacją, światłem. Deuter też nie był gorszy. Salewa skromnie w porównaniu z Friedrichshafen. Ale tu było z czym porównywać. Wszystkie firmy wyróżniały się na tle. Także atmosferą i podejściem do odwiedzających.


Nie wiem kiedy w Polsce zmieni się podejście ludzi do siebie. Kiedy przestaniemy patrzeć na siebie wilkiem, kiedy wreszcie zrozumiemy, że pomagając innym w sukcesie, sobie pomagamy najbardziej. Że nie jest najważniejsze, żeby zwalczyć konkurencję, tylko równać w górę. Stawiać coraz wyżej poprzeczkę i w ten sposób odganiać innych.

Na szczęście piszę dzień po targach w Kielcach, a nie na gorąco. Pierwsze emocje opadły, więc mogę pisać trochę spokojniej.

czwartek, 31 lipca 2008

Mentalność sprzątaczki

Przeczytałem wczoraj chyba w "Super Ekspresie" artykuł, który mnie mocno wzburzył. Na pierwszej stronie zdjęcie Profesora i jakiejś pani. Wielki tytuł: "On zarabia 3xx tysięcy, ona 500 złotych miesięcznie". Cytuję z pamięci, bo nie mam gazety przed sobą. Artykuł porównuje zeszłoroczną gażę Profesora za wynik Comarch z miesięcznymi zarobkami sprzątaczki na zlecenie, na niepełny etat. Takie przekłamane zestawienia, które manipulują uczuciami biednych, nieświadomych ludzi, bardzo mnie denerwują. Przecież ta sprzątaczka, która "nie rozumie za co mu tyle płacą", nie rozumie, za co mu tyle płacą. "Przecież ja mam cały sklep do posprzątania. Czasem nawet syn mi pomaga, bo tyle roboty. Na szczęście nie muszę siedzieć całych ośmiu godzin". To tylko cytaty z pamięci, ale kto z czytelników tej gazety je wyłapie, zrozumie sens i porówna z odpowiedzialnością za dwa i pół tysiąca ludzi, którym trzeba dać pensję nie tylko w tym miesiącu, ale także za rok. No i kto chociażby domyśli się, że podana kwota, to wcale nie jest pensja, a tylko jakiś niewielki procent z wyniku, który firma wypracowała dzięki podejmowaniu przez lata dobrych decyzji. Wyniku, który trzeba utrzymać w przyszłym roku, bo inaczej inwestorzy się zdenerwują. A nieutrzymanie wyniku spowoduje zwolnienie nie tylko kilku takich sprzątaczek za 500, ale wielu znacznie droższych informatyków. I wcale nie mam tu nic do pań sprzątających w Comarchu. Bo one dobrze wykonują swoją robotę, myślę, że dostają godziwą pensję za pracę, którą wykonują dobrze. Bez większej odpowiedzialności, bez presji klientów, którzy grożą zerwaniem wielkich umów, bez setek pracowników, którzy mają żądania, pretensje, pomysły i marzenia.

Rzeczona sprzątaczka zastanawia się czemu nie zarabia takich pieniędzy jak Profesor. Gazeta wcale nie poradziła jej, żeby poszła drogą Profesora. A przecież to proste. wystarczy tylko zarejestrować firmę. Teraz to znowu łatwe, do tego dostaniemy na start fundusze z Unii, jeśli się tylko postaramy. A potem ją po prostu trzeba rozwijać, zatrudniać kolejnych ludzi, zdobywać kontrakty, bronić dotychczasowych, walczyć z konkurencją, polemizować z pracownikami, którzy mają oczekiwania, dbać o przyszłość finansową firmy poprzez podejmowanie dziesiątek mniejszych i większych decyzji finansowych dziennie (od zakupu myszki do komputera po podpisanie kolejnego kontraktu za kilka milionów), stawiać się na komitetach sterujacych z klientami, którzy są maksymalnie wkurzeni na firmę i chcą ją podać do sądu aby odzyskać wielkie odszkodowania, no i czasem pojawiać się w sądzie, kiedy klient już firmę do sądu poda. A od czasu do czasu także czytać artykuły o sobie w brukowcach, czy spędzać noc w areszcie.

Najciekawsze było jedno z ostatnich zdań artykułu. "Pociesza mnie to, że jest jeszcze wielu tak biednych ludzi jak ja". Takie treści powinny być zakazane. Gazety, które je publikują, powinny być zamykane. Bo jeśli nasze polskie społeczeństwo będzie dalej karmione negatywnymi uczuciami, będzie pocieszało się "że inni mają tak samo źle", to dalej będziemy marzyli o tym, żeby sąsiad też miał tak samo źle jak my. Jeśli ma dwie krowy, a ja tylko jedną, to będę modlił się do Boga, żeby mu tą drugą zaraza zabiła. Bo przecież czemu inni mają mieć dobrze, kiedy ja mam źle?

I w kolejnych latach nasze dzieci będą znowu pytały, przekraczając niemiecko-polską granicę: "A dlaczego tutaj jest tak brudno i brzydko?" A odpowiedź jest prosta, widzieliśmy ją kilka dni temu, wracając z targów. Bo Niemcy równają w górę. Jeśli sąsiedzi dookoła koszą trawę i malują płoty, to ja też pomaluję i skoszę. I jeszcze ulicę przed domem zamiotę. A w Polsce wciąż jeszcze głupio jest wyskoczyć przed szereg, nie wypada mieć ładnie przed domem, bo wyróżnia się spośród innych, odrapanych, szarych i zaśmieconych. Tutaj wciąż promujemy biedę, smutek, nieszczęście, M jak Miłość, gdzie w każdym odcinku ktoś kogoś zdradza, oszukuje, gdzie można na koniec puścić smutną melodię.

Uczmy się od innych. Uczmy się, Polacy, aby osiągnąć mentalność pucybuta, zamiast mentalności sprzątaczki.

piątek, 25 lipca 2008

Outdoorowa rodzina

No i zostaliśmy outdoorową rodziną. Spędziliśmy wiele godzin w samochodzie, przemierzywszy 2.5 tysiąca km, a potem kilka nocy pod namiotem. Przypomniałem sobie dawne czasy, kiedy biwakowaliśmy z rodzicami, kiedy spałem w namiocie w Bieszczadach, kiedy kąpałem się w alpejskim strumieniu u podnóży zamku Neuschwanstein. Tym razem rodzinnie. Było świetnie, dzieci zadowolone, my także szczęśliwi. Już planujemy następne wyprawy, wybieramy się na kolejne wypady pod namiot. Przeglądam i zaznaczam zdjęcia do opublikowania, wkrótce znajdą się w Internecie.

A Neuschwanstein pokazał mi mój przyjaciel Darek, wiele lat temu, kiedy odwiedziłem go w Monachium. Z tamtego wyjazdu mam chyba jedno zdjęcie, bo w czasach studenckich filmy były na wagę złota. Teraz fotografia cyfrowa pozwala każdemu uwiecznić ważne dla nas chwile.

czwartek, 17 lipca 2008

aak.pl na targach outdoor we Friedrichshafen

No to jestesmy na targach. Juz minela doba, odkad przyjechalismy. Rozstawialismy namiot w nocy, przy czolowce i lampce ledowej, trzymanej przez Nadie, obudzilismy sie w deszczu, a przedsionek namiotu i nasze buty plywaly w kaluzy wody. Nie mamy pradu, wiec komorki, Nintendo i aparaty ladujemy w lazience. Pierwszy dzien targow to wiele kontaktow, ciekawych produktow i pomyslow na nowe rzeczy. Dziewczyny dzielnie chodzily z nami przez 6 godzin, a potem, po chinskiej zupce i makaronie, poszly na spacer nad Jezioro Bodenskie. Zafascynowane karmily kaczki i labedzie oraz ogladaly dalekie Alpy. Potem stwierdzily, ze "chca juz do domu". Teraz myja sie pod wpolnymi prysznicami i idziemy spac. Znowu zaczyna kropic.

piątek, 11 lipca 2008

Na biwak

Czas teraz biegnie jakby jeszcze szybciej niż do tej pory. Miałem zrobić imprezę pożegnalną w pracy, ale chyba zaproszę wszystkich dopiero w sierpniu. Nie zdążyłem teraz powiadomić i zaprosić nikogo, a już we wtorek wyjeżdżamy na targi. Namiot już mamy, box na dach też. Wczoraj wykupiłem wszystkie chińskie i koreańskie zupki z promocji w Carrefour i Realu, dzisiaj Paulina przyniosła karimaty, więc jesteśmy wyposażeni i przygotowani.

Wreszcie spełniamy marzenie dzieciaków, dawno obiecane wakacje pod namiotem. Tatonka wypożycza nam namiot do testów, więc na pewno opiszę w dziale testów aak.pl, jak się spisał. A namiot teraz, nawet najcięższy w ofercie, jest trzy razy lżejszy od tego, który zabieraliśmy z rodzicami nad polskie jeziora, do Jugosławii czy na Węgry. I teraz, kiedy kupiłem "trumnę" na dach naszej Fabii, bo z prostych szacunków wyszło mi, że nie mamy szans zmieścić się w bagażniku nawet na kilkudniowy wyjazd pod namiot, zastanawiam się, jak kiedyś udawało nam się spakować do naszego starego Wartburga, wsadzić tam wielki namiot, dużą kuchenkę gazową, ubrania grubsze niż obecne i dopchać jeszcze ziemniakami i cebulą (bo za granicą jedzenie było znacznie droższe). To niewiarygodne, bo trzydzieści, czy nawet dwadzieścia pięć lat temu wszystko było większe, cięższe i grubsze, a jednak udawało nam się to zabrać na dwutygodniowy wyjazd.

A teraz cieszę się, bo benzyna w Niemczech jest o 20% tańsza niż w Polsce, jedzenie porównywalne, camping kosztuje tyle co u nas, więc podróż będzie może nawet tańsza niż na Mazury.

A za dwa tygodnie podsumuję, co zabraliśmy, jak się spakowaliśmy i jak udało się przeżyć ten czas pracowitego wypoczynku. Na pewno wspomnę o targach, które są głównym celem naszej podróży. A jeśli uda nam się jeszcze sprawić niespodziankę Dziewczynom (psstt... tajemnica! spróbujemy zaliczyć niemiecki Legoland, który mamy po drodze), to będzie wiele do opowiadania i mnóstwo ciekawych zdjęć do obejrzenia.

sobota, 5 lipca 2008

Kasy, bramki, lampy i marketing

Ostatnie dni upływają nam pod znakiem rozglądania się po sklepach, szukania w internecie ofert i dyskusji. Nie chodzimy po sklepach dla zakupów, choć robimy to z dużą przyjemnością. Patrzę na bramki sklepowe, zabezpieczenia, kasy fiskalne, lady, oświetlenie i układ. Patrzę na obsługę, rozmieszczenie stoisk, na sprzedawców. Zbieramy oferty zabezpieczeń sklepów, wykonania oświetlenia, spotykamy się z naszymi dostawcami.
A wszystko to po to, żeby sprawdzić, czy uda nam się otworzyć nasz wymarzony sklep. Sklep, który nie będzie tylko jednym z wielu sklepów, ale będzie rozpoczęciem i przyczółkiem do naszej kolejnej fajnej działalności.

Liczymy pieniądze i możliwości, szukamy finansowania. Wierzę że pomysł chwyci, bo nie znaleźliśmy czegoś takiego na rynku polskim. A otwarcie sieci takich placówek w całej Polsce i nie tylko byłoby świetnym przedsięwzięciem.

W przyszłym tygodniu jedziemy na targi. Bierzemy diewczyny, będziemy spali w namiocie. To będą świetne wakacje nad jeziorem Bodeńskim. Marzyliśmy o wyjeździe pod namiot, ale nie przypuszczaliśmy, że uda się nam to tak szybko i w taki sposób. Na pewno napiszę, jak było, może nawet uda się zrobić jakąś relację na żywo, bo ma być tam internet bezprzewodowy.

Przy okazji cały czas myśli moje krążą wokół marketingu. W tym tygodniu przyszły wreszcie naszywki na nosidła z wypożyczalni, trzeba je tylko naszyć. Teraz czekam na wycięcie naklejek na auto i przy okazji myślę o projekcie oklejenia go w całości. Ale jakakolwiek reklama na aucie jest niezbędna od zaraz, bo od tylu miesięcy jeździ po Krakowie ta niewykorzystana przestrzeń reklamowa.

Dodatkowo bannery, roll-upy, które będziemy mogli postawić na pokazowych zajęciach, czy w sklepie, ulotki, stojaczki do ulotek, strony. Mnóstwo pracy, ale ile przyjemności.

No i infrastruktura sieciowa. Jeśli chcemy ruszyć z pracą w wielu oddziałach, (a taki mamy plan), to już planuję konfigurację systemu do obsługi magazynu, sklepów. VPN, MM, etc. To wszystko wymaga przemyślenia, żeby w ostatniej chwili nie okazało się, że z czymś zawaliliśmy.

Trzymajcie kciuki za lokal i za kredyt. Z resztą sobie poradzimy.

wtorek, 1 lipca 2008

Nowa formuła czyli nowe życie

Od dzisiaj jestem bezrobotny ;-)
Wczoraj zabrałem wszystko z firmy, oddałem komórkę, telefon, podpisałem obiegówkę, wyczyściłem swoją ewidencję środków trwałych z wszystkich serwerów, samochodów, poczęstowałem cukierkami tych, których lubię. Cukierków było dużo, prawie dwa kilo. A i tak nie zdążyłem odwiedzić wszystkich, bo np. wyszli na obiad, a ja potem musiałem biec na dwójkę.

Zakończył się mój dziesięcioletni etap pracy w firmie. Firmie, która kiedyś była małą firmą, w której pracowali przyjaciele, którzy dążyli do jednego celu, a teraz stała się korporacją, borykającą się z problemami korporacji i walczącą z jeszcze większymi zadaniami. Bardzo się cieszę że mogłem przeżyć ten kawał życia i przeżyć go w taki sposób. To wielkie i cenne doświadczenie i nauka. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, od których także uczyłem się każdego dnia. Poznałem wiele sytuacji, z którymi musieliśmy sobie radzić.

No ale teraz chwilowo jestem bezrobotny, bo muszę czekać z założeniem firmy, żeby starać się o dofinansowanie unijne. Więcej o tym napiszę w kolejnych postach, kiedy będę zmagał się z tematem.

A tymczasem, wraz z nowym życiem, postanowiłem zmienić nieco formułę mojego bloga. Pisać o tym, co będziemy robić. Może spostrzeżenia przydadzą się tym, którzy pójdą naszą drogą. Formuła będzie też inna o tyle, że postaram się pisać bardziej zwięźle. Choć w tym celu może będę musiał pisać z komórki ;-)

sobota, 28 czerwca 2008

Las pełen internetu

Wczoraj po koncercie J.J.Band w Starej Winiarni w Mszanie Dolnej musieliśmy jeszcze odweieźć Magdę do ośrodka na Lubogoszczy. Było już ciemno, bo godzina 22. Leśna droga była oświetlana tylko przez świetliki. Dziewczyny próbowały ją doświetlić komórkami, a ja żałowałem, że nie zainstalowałem jeszcze w nowym telefonie "Best Torch". Ale od czego jest internet w telfonie i google. Po chwili moja Nokia rozświetlała leśne ciemności.
I przypomniałem sobie, kiedy kilka lat temu, kiedy świeżo zakochani, zasiedzieliśmy się z Anią na Turbaczu, wracaliśmy przez las w świetle lampy błyskowej mojego aparatu.